3. Gdańsk Maraton – relacja, część 1

Dla mnie ten maraton zaczął się dużo wcześniej, niż 9 kwietnia. Ten dzień był „truskawką na torcie”, ukoronowaniem kilku miesięcy systematycznej pracy, kolejną walką z bólem i własnymi słabościami. Myślałem o tym tak zaciekle, że…

Gdybyśmy mieli w domu blender nieco bardziej ostry, to dzień przed startem wylądowałbym w szpitalu na szyciu. Tak skończyło się jedynie na kilku minutach strachu, zachlapanych krwią kaflach i zmasakrowanym palcu. A to nie było moje największe zdrowotne zmartwienie. Na tydzień przed biegiem zaczął dokuczać mi ból lewej nogi w okolicy pięty / ścięgna Achillesa – bardziej przeszkadzało mi to przy chodzeniu, niż bieganiu, ale mimo wszystko przejrzałem, z czyich usług w ostatnim czasie korzystali trójmiejscy blogerzy i byłem przygotowany na szybką reakcję, gdyby nagle mi się pogorszyło. Odpuściłem tysiączki na tydzień przed godziną zero, dwa kolejne treningi, które miały mnie przybliżać do prędkości startowej, po prostu zrealizowałem.

Nim prawie uciąłem sobie palca, to wyszliśmy na delikatną przebieżkę w ramach rozruchu. Pięć kilometrów, totalny luz, ale chciałem sprawdzić nową „zabawkę”, którą dzień wcześniej otrzymałem od firmy Polar. Mowa o jednym z topowych zegarków treningowych na rynku, modelu V800. Miałem dylemat, czy podczas startu korzystać ze sprawdzonego M200, czy od razu rzucić na głęboką wodę V800. Po rozbieganiu podjąłem decyzję, że jak mam testować nowy sprzęt, to zrobię to z rozmachem i wystartujemy razem w maratonie.

Dzień przed startem wszystko sobie przygotowaliśmy, więc obyło się bez gonitwy i nerwowej atmosfery. Pobudka o 5:30, spokojne śniadanie (Nutella w dużych ilościach!), kawa i mnie czekał jeszcze spacer z psem. Potem prysznic, aby organizm jeszcze bardziej się obudził. O 7:30 wskakujemy w taxi i wraz z sąsiadem lecimy na start. Zdecydowaliśmy się na taki manewr, bo nie wiedzieliśmy, czy ktoś z nas będzie w stanie prowadzić auto tuż po biegu i żeby zaoszczędzić trochę czasu, podróż komunikacją miejską sprawiłaby, że byśmy musieli wstać jeszcze co najmniej 30 minut wcześniej. I jak się okazało to był dobry pomysł, bo gdy tuż przed ósmą pojawiliśmy się pod AmberExpo, to długi sznurek samochodów czekał, by wjechać na parking.

Tym razem się rozgrzaliśmy, porządnie. Kilka przebieżek, trochę skipów, podskoków, pajacyków i tuż przed dziewiątą każdy z nas poszedł do swojej strefy startowej. Trochę się martwiłem. Dla Agnieszki to był pierwszy maraton, a wiadomo, co on może zrobić z człowiekiem. Również był to debiut dla mojego taty. Ale gdy do startu pozostała minuta, to myślałem już tylko o tym, żeby cisnąć, że jestem przygotowany jak nigdy, że noga nie boli i boleć nie będzie, że teraz wszystko zależy tylko i wyłącznie ode mnie.

Za plecami Michała. Fot. AK-ska Photo.

Z samego momentu startu niewiele pamiętam. Usłyszałem wystrzał i ruszyłem. Chciałem utrzymać tempo niewiele ponad cztery minuty na kilometr (4:02-04). Gdy już się towarzystwo nieco rozbiegło to przywitaliśmy się z Michałem Wysłouchem i wydawało mi się, że jesteśmy skazani na swoje towarzystwo przez najbliższych dzieści kilometrów. Tak myślałem ja, tak pewnie myślał Michał, no chyba, że miał w planie pokazać mi swoje plecy.

Pierwszą część relacji zakończę tuż przed siódmym kilometrem, gdy Łukasz Gurfinkiel, znany z bloga Biegaj z Głową, chwilę pobiegł ze mną, zapytał o formę i podpowiedział, żebym trzymał się grupy i nie biegł sam. Jeśli chcecie wiedzieć jak to się skończyło, to zapraszam wkrótce na drugą część relacji z 3. Gdańsk Maratonu.

Foto główne: Mateusz Skuza.

CZĘŚĆ DRUGA RELACJI Z 3. GDAŃSK MARATONU

2 Comments

  1. Tomek pisze:

    A no ciekawe, bo Michała chyba wyprzedzalem na 26 km…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.