3. Gdańsk Maraton – relacja, część 2

Siódmy kilometr i ponad 170 uderzeń serca na minutę, czyli jesteśmy ponownie na trasie 3. Gdańsk Maratonu. Tętno już takie pozostało, wahało się między 167, a 174. I tak przez ponad czterdzieści dwa kilometry, tylko na finiszu wzrosło do 180. Najważniejsze jest tempo, do tej pory 4:04 min/km, czyli jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. Ale czego się spodziewać po siedmiu kilometrach?

PIERWSZA CZĘŚĆ RELACJI Z 3. GDAŃSK MARATONU

Tu mógłbym po prostu przejść do 30. kilometra. Ale nim tam się pojawiłem to zgubiłem Michała. W zasadzie przez całą pierwszą połowę dystansu biegliśmy razem. I gdy ja już czułem pierwsze trudy biegu, to mój kompan wyglądał bardzo dobrze, dlatego się zdziwiłem, gdy w pewnym momencie zostawiłem go za plecami i to mimo, iż wcale nie przyspieszyłem (jeśli chcecie wiedzieć, jak i dlaczego to się skończyło u Michała, to kliknijcie tu). Utrzymywałem wciąż równe tempo – 4:05 min/km. Zostałem sam, może nie całkiem, bo jeszcze towarzyszył mi wiatr. Antoni pisał o lekkim wietrzyku i może miał rację, bo naprawdę silne podmuchy pojawiły się w Gdańsku dopiero w poniedziałek…

Na kolejnych kilometrach najpierw mnie zmobilizowała Agnieszka (AK-ska Photo), która z Mateuszem przemierzała trasę, a ja jeszcze miałem trochę sił, żeby na widok obiektywu się nie skrzywić. Potem Arek Kucharczyk przebiegł ze mną kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt metrów, krzycząc żebym nic nie mówił i biegł po życiówkę. Wtedy też minęła mnie późniejsza zwyciężczyni, Kasia Pobłocka. Zanim na dobre zniknęła mi z oczu to minęło kilka minut, ale z każdym krokiem była dalej, dalej i dalej. Jasne, chciałem za nią gonić. Ale to było ponad moje siły. Znowu zostałem sam, a przede mną było jeszcze dwanaście kilometrów.

Po pokonaniu 30. kilometra włączyłem tryb: matematyka. Podzieliłem sobie pozostający dystans na sześć dwójek, a na każdą dałem sobie 9 minut, co finalnie miało dać mi wynik chociaż o kilkanaście sekund lepszy od życiówki. Nie zwolniłem aż tak bardzo, bo średnie tempo na tym odcinku wyniosło 4:15 min/km. Szurałem do mety, licząc kilometry i uciekający czas, śpiewając sobie w duszy. Przy jednym wodopoju na moment się zatrzymałem, porządnie oblałem się wodą – szczególnie nogi, i ruszyłem przed siebie. Motywacyjnego kopa sprzedał mi jeszcze Tomek Bagrowski, który przebiegł obok mnie na 38. kilometrze świeży i uśmiechnięty, jakby dopiero co zaczynał bieg. Nogi miałem już z betonu, ale metę już na wyciągnięcie ręki, a na dodatek wciąż miałem realne szansę na wynik poniżej 2 godzin 55 minut. I udało się, na ostatnim kilometrze przyspieszyłem, przed metą rozłożyłem ręce i zatrzymałem zegar po 2 godzinach 54 minutach i 44 sekundach. Bang!

33 kilometr. Miękkie nogi. Fot. Agata Masiulaniec.

Nie rozegrałem tego biegu idealnie. Mogłem zacząć wolniej i próbować przyspieszać. Czułem jednak, że mam szansę od początku do końca utrzymać równe tempo. Na połówce pojawiłem się w 1:26:15, drugą pokonałem w 1:28:29. Nie mogę narzekać. Wciąż się poprawiam, ale z moim obecnym kilometrażem doszedłem chyba właśnie do granicy, którą ciężko będzie mi przeskoczyć ;- )

*

Naprawdę nie mogłem w to uwierzyć, jak Agnieszka powiedziała mi, że chce wystartować w maratonie. Nawet jak się zapisywała, to nie do końca w to wierzyłem. Ale jak wpadła na metę, to naprawdę byłem dumny. Trochę nabiegaliśmy tych kilometrów razem, czasem ja wolniej niż było trzeba, czasem Agnieszka szybciej niż potrzebowała, ale finalnie wyszło świetnie. Debiut w 3:48:52. Chyba całkiem solidnie, co?

Za to, jak mój tata się zapisał, to w ogóle mnie to nie zdziwiło. Chociaż miał za sobą kilka dyszek i dwa półmaratony, to nie wiedziałem, jak to będzie. Tydzień przed maratonem mówił o wyniku 4:30, tuż przed startem o 4:15, a w końcu finiszował w czasie 4:02:30. I też to był dla niego debiut. Fajnie.

* * *

Kibice – petarda! I „nasi” rowerzyści wspierający nas w kilku miejscach na trasie i strefy kibicowania. Wow! Takie rzeczy naprawdę nas napędzają…, choć czasami tego nie widać ;- )

Organizacyjnie – klasa. Jako gdańszczanin czuję dumę. Jako ambasador tego biegu nie jestem obiektywny, więc nic więcej nie dodam.

* * *

Wiecie, że aż cztery procent startujących uporało się z barierą trzech godzin?! Jest to rewelacyjny wynik!

* * *

Spojrzałem na rezultaty i wśród gdańszczan byłem piąty, za Antonim Grabowskim, Piotrem Pietrzakiem, Mateuszem Gapskim i Tomkiem Bagrowski. Same kocury przede mną. Mam kogo gonić ;- )

* * *

Chyba muszę pomyśleć nad zmianą nazwy bloga. Coś mi się wydaję, że jego nazwa jest za trudna do wymówienia. Jeśli ktoś nie wie o czym mowa, to musi poszukać relacji wideo z biegu… ;- )

Foto główne: Agnieszka Kazmierska, AK-ska Photo

2 Comments

  1. Marcin pisze:

    Kibice rewelacja!Świetny doping po 30 km gdy zbiegaliśmy z ul Pomorskiej na ścieżkę rowerową, Nigdy nie przybiłem tylu piątek co w Gdańsku:) Organizacyjnie super, hala A z dmuchanymi gadżetami dla dzieciaków:)Biegnę w przyszłym roku:)Pozdrawiam.

    • Adam pisze:

      Prawda! Niesamowici kibice, nie chcę nikogo wyróżniać, bo każdy się starał i było wspaniale, na każdym kroku : )
      Ja w ogóle uwielbiam metę w zamkniętym pomieszczeniu, szczególnie jak temperatura jest poniżej 10 stopni, więc bomba. O tych wszystkich gadżetach dla dzieciaków, to słyszałem same super opinię – fajnie, że mają czym się zająć :- )
      Ja w przyszłym roku również się pojawię, nie wiem w jakiej roli, ale na pewno będę!

      Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.