54. Bieg Westerplatte – relacja

Wystrzał startera spowodował u mnie tyle euforii, jakbym po raz pierwszy stanął na starcie tak dużego biegu. I zamiast spokojnie zacząć „swoje”, to ruszyłem z tłumem – 3:32, 3:37 i paliwo się skończyło. Na mecie pojawiłem się po 37 minutach i 47 sekundach. Czas nie powala, jest gorszy niż przed rokiem, ale aura też była zgoła inna.

Zacznę od tych milszych spraw, czyli od strony organizacyjnej biegu. MOSiR Gdańsk wyznacza nowe kierunki. To kolejna impreza, która to potwierdza. Od początku do końca wszystko stało na najwyższym poziomie, a ukoronowaniem tego jest zjawiskowy medal. Absolutny hit. Po tym jak w zeszłym roku na organizatorów wylano wiadro pomyj, to tym razem się popisali. A najważniejsze jest to, że pokazali, że wsłuchują się w głos tłumu i nie pozostają na to obojętni. Klasa!

Przed biegiem mogłem sobie chwilę pogadać z Przemkiem Urzędowskim, który chciał walczyć o wynik poniżej 36:36. Mi to pasowało, bo czułem moc. Zachowałem się jednak jak taktyczna ameba. Ruszyłem z tłumem i pyk, odcięło mi prąd. I to bardzo szybko. Serce rwało do przodu, ale nogi nie chciały współpracować. Tempo spadało i zbliżało się coraz bliżej 4:00 min/km. Lekko mnie ocuciła kurtyna wodna, ale kryzys nadchodził coraz większymi krokami. I przyszedł po siódmym kilometrze. Kolejne dwa pokonałem w czasie 4:00 i 4:03. Czułem się fatalnie, miałem dreszcze, chciałem się położyć i to przeczekać… Na ostatni tysiąc metrów wykrzesałem z siebie jeszcze trochę sił, ale to nie było to. Rok temu na ostatniej prostej frunąłem, teraz nie byłem w stanie nawet delikatnie przyspieszyć. Jednostajnym tempem dotarłem do mety i czas wskazał wynik 37:47.

Oczywiście mogę tutaj ponarzekać na pogodę i wysoką temperaturę (wiem, że i tak mogło być gorzej). Ale przyczyn muszę szukać głównie u siebie. Tak więc mam dwie – taktyka i urlop. Naprawdę fatalnie rozegrałem ten bieg pod kątem taktycznym. Jeszcze nigdy się tak nie zagotowałem. I za to mam do siebie najwięcej żalu. Inna sprawa, że na urlopie śmigaliśmy po Karkonoszach, a nasze nogi wciąż to czują i potrzebujemy pewnie jeszcze kilku dni, aby złapać biegową świeżość. I oczywiście jak urlop, to piwko, więc na pewno mi to nie pomogło. Mimo tych „niesprzyjających” okoliczności udało się zaliczyć fajną imprezę i uplasować się na 60. pozycji (55. wśród mężczyzn i 22. w M20).

Umiarkowanie zadowoleni byli też moja Agnieszka (45:09; 36. miejsce wśród kobiet i 16. w K20) i tata (48:11), chociaż uzyskali bardzo solidne czasy. Ale widocznie bieg bez życiówki powoli przestaje być satysfakcjonujący ;- )

Wczoraj odczuwałem dosyć duży niedosyt. Dzisiaj wmawiam sobie, że lepiej być nie mogło, bo na mecie byłem w stanie przedagonalnym. A szansa do poprawki już za tydzień i to na swoim podwórku. Bieg Czyste Miasto Gdańsk na 10 km, to impreza, której start widzimy z balkonu. Głupio byłoby więc odpuścić. Jeśli pogoda pozwoli, to będę chciał się poprawić, ponownie powalczyć o satysfakcjonujący wynik i zakręcić się koło podium. Przed rokiem mi się udało ;- )

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.