A do pieca dałem raz!

Godzę się z tym, że w tym roku żadnej „wielkiej” biegowej imprezy nie będzie. Odwołują kolejne eventy, między innymi maraton w Chicago i myślę, że trzeba się pogodzić z myślą, że mistrzostw świata w półmaratonie też nie będzie. Jeśli będzie inaczej, to naprawdę będę zaskoczony.

Ten tydzień zakończę startem w wirtualnym TriCity Trailu. Numer startowy jest, mapa jest, kilometry w nogach są. Powinno być dobrze i będzie bez napinki na szybkie bieganie. Dajemy sobie sześć godzin na te niecałe pięćdziesiąt kilometrów. Jeśli na trasie będziemy dłużej, to też nic się nie stanie. Liczę, że pogoda będzie znośna i nie przyjdzie nam się mierzyć z wiatrem i opadami deszczu. Innych wymagań nie mam, jeśli ktoś się pojawi na starcie i będzie chciał z nami przebiec część trasy, to będzie milutko. Jeszcze dzisiaj wrzucę wydarzenie na fejsa, gdzie dam znać, jaki mamy plan i o której chcemy wystartować.

A jak już przebiegnę tego TCT, to zrobię sobie kilka dni przerwy, bo jestem trochę zmęczony. Od października biegam ponad trzysta kilometrów miesięcznie i muszę odpocząć.

*

W minionym tygodniu pobiegałem pięć razy, dorzuciłem trzy treningi siłowe, chociaż myślałem, że skończę na dwóch. Żona mnie zmobilizowała jednak przed ogłoszeniem wyników wyborów, więc złapałem za sprzęt i się trochę zmęczyłem. Ale o 21:00 byłem zwarty i gotowy!

Tydzień zacząłem od dwóch lekkich biegów z żoną. 12 i 11 kilometrów. Tempo 5:04 i 5:19 min/km. Tętno niskie. Po niedzielnych harcach nie czułem się na siłach. Dopiero w czwartek zdecydowałem się na mocniejszą jednostkę. Ale pierwsze kilometry były ciężkie, nic nie szło i trochę się frustrowałem. Ale w końcu złapałem rytm, wskoczyłem na odpowiednie obroty i wyszedł niezły bieg z narastającą prędkością. Ostatni, siedemnasty kilometr w 3’50” i to ze sporym zapasem, więc byłem zadowolony.

Jeszcze lepiej „siadło” w sobotę. Wskoczyłem w ZF3 i chciałem się lekko sponiewierać. Trzy tysiące metrów żwawo (4:14, 4:05, 4:04), piąteczka bardzo mocno (18 min 06 sek) i jeszcze siedem kilometrów solidnie, ale bez szaleństw (od 3:56 do 4:11). W sumie równo godzina biegania i ponad 15 kilometrów ze średnim tempem 3:57 min/km. Tym razem byłem bardzo zadowolony, bo choć nad gdańskim Iten hulał wiatr, to naprawdę dałem z siebie dużo. Jeszce w międzyczasie znalazłem czas, żeby zrobić kilka zdjęć i nagrać film… ;- )

Tydzień zakończyliśmy dokręconą wokół samochodu dwudziestką w Otominie. Zaczęliśmy wolniej, a skończyliśmy szybciej. A w lesie pustoooo! Niemal nikogo nie spotkaliśmy na trasie. Cisza i spokój. Po bieganiu obowiązkowo poszliśmy na wybory…

Zdrówka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.