Berlin i Tokio

Nie zastanawiało Was dlaczego w „Domu z papieru” tylko dwóch bohaterów wzięło swoje pseudonimy od World Marathon Majors? Czemu nie ma Nowego Jorku, Londynu, Bostonu i Chicago? Mi się to pierwsze rzuciło w oczy. Święta 2.0 spędziliśmy częściowo z Netflixem. Był też czas na telefony, wideorozmowy, a nawet na bieganie. Cisza, spokój, stały poziom paliwa w baku i brak czasu i chęci na podsumowanie tygodnia, więc nadrabiam.

Na wszelki wypadek na wstępie zaznaczę, że las omijam, bo zdjęcie może być mylące. Drodzy państwo, biegam… zgodnie z prawem.

We wtorek piętnastka od linijki, z najszybszym kilometrem w 4’20”, a najwolniejszym w 4’27”. Jak to elegancko wygląda na endo! Biegło się spokojnie, tętno nieco poniżej 150 uderzeń serca na minutę. Fajny trening.

W środę chill z żoną. Z zachowaniem bezpiecznej odległości.

Kolejnego dnia miałem rano wstać, zrobić swoje i zacząć równo o dziewiątej pracę, ale zostałem w łóżku… Do pracy zdążyłem, jakby ktoś się zastanawiał. Bolały mnie nogi i  już się pogodziłem z tym, że zupełnie odpuszczam. W drugiej połowie dnia poczułem się zdecydowanie lepiej, a że pogoda była całkiem przyjemna, to pomyślałem, że warto by było jednak skorzystać. Już pierwszy kilometr w w 4’08” zwiastował udany trening. Pierwsza dyszka w czterdzieści jeden minut, druga poniżej czterdziestu, dociągnąłem do półmaratonu i tak oto zrobiłem season best – 01:25:21. Niestety atestu brak ;- )

Przy okazji, spotkałem pieszy patrol policji. Minęliśmy się bez słowa, nikt mi nie zaproponował mandatu, nie musiałem uciekać, nikt broni nie wyciągnął, czy nawet długopisu. Nuda.

Zmęczyłem się bardziej, niż planowałem. To był też mój pierwszy dłuższy i mocniejszy bieg w Pegasusach 34. Fajny, dynamiczny but. Polecam.

W weekend poprawiłem dwudziestką i dwunastką. Oba treningi w towarzystwie żony. Podjęliśmy ryzyko i sprawdziliśmy, czy w Otominie wciąż jest jezioro. Jakby ktoś nie wiedział, to jest i ma się dobrze. Film odpalacie na własną odpowiedzialną. Czuć zgrozę, dlatego „miasta są otwarte”, a lasy zamknięte. Już wiecie skąd czerpał inspirację reżyser filmu „W lesie dziś nie zaśnie nikt”.

Przy pięciu treningach biegowych udało mi się wykręcić 80,65 kilometrów. Dorzuciłem do tego dwa treningi siłowe. Miały być trzy, ale w sobotę byłem tak zmęczony po całym dniu, że mi się po prostu nie chciało. Kroków zrobiłem ponad 130 tysięcy, ale dwa dni Garmina nie nosiłem (akurat w te niebiegowe, cwany lisek ze mnie), więc wychodzi ponad dwadzieścia tysięcy kroków dziennie jak bym cyk cyk. Recenzję książki Piotra Sucheni napisałem i możecie ją przeczytać klikając w linka : )

***

Ten tydzień zacząłem od wolnego. Dzisiaj też robię wolne. Po intensywnym miesiącu czas na spokojniejszy tydzień. I to jest mój cel: REGENERACJA. Przy okazji sprawdziłem, kiedy ostatnio miałem dwa dni bez biegania z rzędu… i musiałem się cofnąć aż do początku października.

**

Jeśli ktoś wszedł tutaj i liczył na to, że się wybieram do Berlina albo do Tokio, to przepraszam. Nie mówię nie, ale w tym roku, to chciałbym chociaż wystartować w Kaszubskiej Poniewierce.

Zdrówka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.