Cztery tygodnie!

W tym roku postawiłem na inny tok przygotowań do maratonu – bez sprawdzianu na połowę krótszym dystansie. Ba, bardzo możliwe, że w ogóle sezon biegowy rozpocznę stojąc 15 kwietnia na starcie 4. Gdańsk Maratonu. Nie do końca wiem, w którym jestem miejscu. Niedzielne wybiegania robię w grupie, raz większej, raz mniejszej, a sam nie pokonałem dystansu dłuższego niż dwadzieścia kilometrów. Mimo wszystko czuję się mocny. Może nie w kontekście dziesięciu kilometrów, ale mając na myśli królewski dystans wiem, że nie byłem wcześniej tak przygotowany.

I chociaż do maratońskiego startu pozostały cztery tygodnie, to mogę bez zaglądania do dziennika treningowego to powiedzieć. Rok temu zapowiedziałem, że nie będę biegł w 2018 żadnego maratonu. Rację mieli ci, którzy mi zapowiedzieli, że nie wytrwam w tym postanowieniu. Wcale nad tym nie ubolewam. To wciąga. Wciąga maksymalnie.

Tak samo jak dokładanie kolejnych kilometrów na treningach. Z różnych względów mogę sobie pozwolić na nieco więcej. Chociaż wstawanie o 5:10 we wtorek i środę w ostatnich tygodniach nie było łatwe. Ciemność, śnieg, wiatr, minus naście na termometrze. Naprawdę trzeba mieć w sobie dużo samozaparcia, żeby opuścić ciepłe łóżko i kilka minut później stać przed domem i czekać aż GPS zasygnalizuje gotowość do współpracy.

Najpierw dużo pracy na niskich prędkościach – tempo powyżej 5’00” nie było dla mnie czymś specjalnie zaskakującym. Bywało, że przez kilka treningów szybciej pokonywałem przypadkowe kilometry. Potem coraz szybciej i szybciej, na coraz niższym tętnie. Aż w zeszłym tygodniu pierwsze próby osiągnięcia tego, na co czekałem od początku roku, czyli dłuższych biegów w tempie okołostartowym.

Najpierw wtorkowy trening, gdzie pokonałem dziesięć kilometrów ze średnią 3’57” i tętnem 165 uderzeń serca na minutę. W sobotę pięć kilometrów więcej w tempie 4’02”, gdzie tętno wskazało jedno uderzenie mniej. Dodatkowo z naprawdę ciężkim czołowym wiatrem. Na dokładkę wybieganie, na którym pokonaliśmy 25 kilometrów (5’09” i 132 bpm).

Brzmi dobrze, ale to tylko cyferki. Ale te cyferki do mnie docierają lepiej, niż cokolwiek innego. W głowie przeskakuje mi zakładka, która pozwala myśleć realnie o wyniku poniżej 170 minut. Oczywiście nie jest to równoznaczne z tym, że za cztery tygodnie, w ostatnim wpisie przed maratonem napiszę, że 2:49:59 to wynik, który osiągnę. Ale muszę oswajać głowę z tym, że to możliwe. Można biegać i 100 kilometrów tygodniowo, ale bez odpowiedniego nastawienia i wiary w sukces nic nie osiągniemy. Więc…

Głowa do góry! Pamiętajcie, że jeden nieudany trening, czy nawet trening odpuszczony, to nic wielkiego. I warto już zawczasu głowę przygotować do szybkiego biegania. Czym szybciej sobie uświadomicie z czym przyjdzie wam się zmierzyć, tym dla was lepiej!

1 Comment

  1. Anonim napisał(a):

    Brawo TY

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.