Czy za rok wrócę na bieżnię mechaniczną?

Z pewnych względów dużą część treningów w lutym wykonałem na bieżni mechanicznej. Nie jestem, a raczej nie byłem, fanem tego rodzaju aktywności, ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Solidnie przepracowany okres pod dachem ani mnie nie osłabił, ani nie wpłynął negatywnie na moją odporność, a wykonałem więcej pracy jakościowej, niż byłbym w tym czasie w stanie wykonać na świeżym powietrzu. Jak to, zapytacie? A tak to, że biegałem w komfortowych warunkach bez lodu pod nogami, padającego śniegu i nie marzły mi… nic mi nie marzło.

Nim przejdę do wniosków, to kilka zdań na temat moich zmagań. Wykonałem 14 treningów, na których pokonałem ponad 180 kilometrów. Zdecydowaną większość na wysokiej intensywności. Wykonywałem biegi ciągłe, BNP, tempa progowe, interwały, podbiegi i jedno bardzo wolne rozbieganie, czyli w zasadzie wszystkie jednostki, które mógłbym zrobić w terenie. W zasadzie każdy trening coś wniósł i coś mi powiedział o mojej dyspozycji – a powrót do regularnych treningów na świeżym powietrzu okazał się bezbolesny.

Dlaczego zdecydowałem się na bieżnię? Miałem dość zimy. Śniegu, lodu i zimna, po prostu. Nie ma w tym żadnej większej filozofii. Brakowało mi mocniejszego biegania w nieco lepszych warunkach. Nie miałem już ochoty na walkę o życie podczas każdego kroku, bo w ciągu dnia wyszło słońce, które roztopiło śnieg, a w nocy minusowa temperatura sprawiła, że dobrze byłoby mieć ochraniacz na zęby. A miesięczny karnet na siłownię wypada taniej, niż miesięczne wakacje w Australii ;- )

Jak było? Gorąco, sucho i ciężko… Serio. W wielu tekstach na temat treningu na bieżni znajdziecie informację, że biega się na niej dużo łatwiej, niż w terenie. I pewnie coś w tym jest, bo jednak brak oporu powietrza, to duży atut. Nie ma oporu, nie ma wiatru… ale to też jest tak, że raz wieje w twarz, a innym razem w plecy. I cudownie chłodzi. Tymczasem na siłowni nie wieje, ani w twarz, ani w plecy, ani nie chłodzi. Ale za to grzeje. Po kilku minutach biegu pot zaczynał ze mnie spływać, po całym ciele. A po treningu byłem totalnie mokry, jakbym dopiero co wyszedł spod prysznica. Fakt, że z każdym dniem byłem coraz bardziej uodporniony na wysoką temperaturę, ale wtedy „bawiłem się” prędkością, żeby nie było za lekko.

Innym „minusem” jest to, że bardzo łatwo się odwodnić. Jeden trening skończył się dla mnie totalną masakrą, po 22 kilometrach i wypiciu 1,5 litrowej butelki wody wciąż było mi mało. Za każdym razem udawało mi się wypić całą butelkę, wciąż nie wyłączając bieżni. Więc tutaj pojawia się też plus – uczycie się pić w biegu. Ja miałem z tym kiedyś problemy, teraz radzę sobie lepiej i mam nadzieję, że po miesiącu pod dachem będę w tym jeszcze lepszy. Jeśli chodzi o dystans maratoński to strata kilku sekund przy punkcie żywieniowym nie jest tragedią, ale na dyszce, to już może zaważyć na tym, czy uda nam się wykręcić nową życiówkę.

Największą tragedią treningu na bieżni jest potworna nuda. Można sobie z tym radzić urozmaicając trening przez zmianę tempa na interwałowe, czy progowe. Tak ja robiłem. Jeśli macie szczęście, to uda wam się znaleźć siłownię z telewizorem. Kilka jednostek zrobiłem „gapiąc się” na kolejny odcinek „Słoików” z napisami – idealnie. Albo liczyłem okna w budynkach na przeciwko, dodawałem liczby na tablicach rejestracyjnych, czy już myślałem o regeneracji, czy śniadaniu. Każdy sposób jest dobry.

Najważniejsze pytanie: czy warto? Zdecydowanie. Byłem naprawdę wielkim przeciwnikiem bieżni mechanicznej, ale jeśli ponownie będę miał możliwość skorzystania, to się nie będę zastanawiał. Wiem, że dla wielu wyznacznikiem jakości jest udowodnienie innym, że jest się twardym jak skała. Jeśli kolega przebiegł 25 km po lesie w deszczu, to ja muszę przebiec 30 km po górach w gradzie. Ale bieganie ma być dla nas przyjemne, jeśli ktoś wybiera bieżnię, to nie wytykajcie go palcami ;- )

Z bieżnią się żegnam na jakiś czas. Wiosnę czuć już w powietrzu (może nie dzisiaj…) i liczę na to, że z każdym dniem będzie coraz przyjemniej. A gdyby Was interesowało jak radziłem sobie z nudą, to poniżej możecie spojrzeć na trzy z moich treningów.

3 km (3'45") & 2 km (3'40") & 1 km (3'30") & 6 km chill :- )

3 km (3’45”) & 2 km (3’40”) & 1 km (3’30”) & 6 km chill :- )

5 km (3'50") +8 x 500 m (3'50")

5 km (3’50”) +8 x 500 m (3’50”)

3×2 km (3’55” / 3’50” / 3’45”) + 1 km (3’40”)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.