Gdańskie Biegi Leśne, etap III – relacja

Szukaliśmy jakiegoś „małego” przetarcia przed Kaszubską Poniewierką. Miało być trochę pod górę, miało być trochę ciężko i najlepiej blisko domu. Wybór padł na Gdańskie Biegi Leśne. Nową imprezę na biegowej mapie Gdańska. No i zastanawiam się, co napisać i jak ten bieg sklasyfikować. Z jednej strony zająłem trzecie miejsce, więc jakby nie było zawsze to podium i powód do radości. Z drugiej sponiewierałem się tak okrutnie, że wczoraj od samego patrzenia na maraton na europejskim czempionacie byłem zmęczony, chociaż to i tak mało powiedziane…

Sama impreza jest bardzo, bardzo kameralna. Trasa składa się z dwóch pięciokilometrowych odcinków. Jeszcze trzy minuty przed samym startem pustki, potem zaczęli się zbierać biegacze i czułem się… jak na parkrunie (z racji ilości uczestników). Ale trwało to raptem kilka chwil, bo szybko zaczęła się jazda bez trzymanki. Totalny rollercoaster, w górę i w dół, i tak w zasadzie do samej mety. Nie miałem ze sobą zegarka, więc nie pilnowałem, ani tempa, ani tętna – w zasadzie nie było czego pilnować, bo trzeba było spiąć poślady i… cisnąć. Od startu byłem w czołówce, chociaż dwóch pierwszych zawodników odjechało dość szybko. Nawet nie miałem zamiaru ich gonić i to miało sens, bo najpewniej by mnie wykończyli i drugą połowę dystansu bym umierał (jeszcze bardziej).

Po pierwszym okrążeniu miałem dziewięćdziesiąt sekund straty, więc było jasne, że wyżej nie podskoczę i należy skupić się na obronie tego, co mam. Wiedziałem już czego się spodziewać. Pierwsza piątka dała mi dość mocno w kość. Oczy miałem na wierzchu i zastanawiałem się, czy najpierw puszczę pawia, czy wyjdzie mi drugą stroną… Serio. Pod strome góry szedłem, bo innej możliwości nie było. Z górki starałem się puszczać nogi, ale orłem zbiegania nie jestem, więc pilnowałem, żeby orła nie wyrżnąć. I tak sobie biegłem nie widząc nikogo, ani przed sobą, ani za sobą. Finalnie dotarłem na metę trzeci, ale przed oczami miałem gwiazdy, a nogi w dupie. Hardcore. Totalny.

Biegła też Agnieszka. Wśród kobiet była najlepsza. Nogi też miała jak z waty, ale była szczęśliwa. No i mniej więcej wie, co ją czeka na Kaszubskiej Poniewierce.

  • Agnieszka: czas 01:03:45, 1. miejsce wśród kobiet,
  • Adam: czas 00:49:17, 3. miejsce OPEN.

Szkoda, że nie mogliśmy zostać na dekoracji, ale na urodzinach babci można było uzupełnić węglowodany i napoić się izotonikiem, więc wybór był prosty.

Jeśli chodzi o trasę i poziom trudności, to jest świetnie. Byłem bardziej zmęczony, niż po 48 kilometrach na trasie TriCity Trail, żałuję tylko, że zamiast pobiec w trailowych Mizuno, to zdecydowałem się na Adidas Solar Boost, chociaż do recenzji tych butów, jak najbardziej mi się to przyda. Impreza ma ogromny potencjał, bo takich biegów w Trójmieście brakuje. Chociaż z drugiej strony nie dziwię się, że na starcie stanęło niewiele osób, bo trasa jest bardzo wymagająca. Mimo wszystko było warto się sprawdzić. A samej inicjatywie będę kibicował!

PS. To chyba pierwsze biegowe podia dla Gdańsk Południe na START? ;- )

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.