I tylko słońca brak…

Zima rozpieszcza. Jeszcze długich spodni na tyłku nie miałem. Póki co model z nogawkami za kolano sprawdza się idealnie. Aż dziwne. Nie trzeba daleko sięgać pamięcią, żeby sobie przypomnieć, że to było obowiązkowe zimowe wyposażenie, dodatkowo wsparte kilkoma warstwami na górze. I tak opatulony wybiegałem w las, aż trudno było przebierać nogami. A teraz? Sielanka! Bywają dni wietrzne, bywają deszczowe, ale mam wrażenie, że wciąż tkwię w jesiennym zawieszeniu. Nadzieję mam tylko, że to nie potrwa za długo i już niebawem… nadejdzie wiosna! A wraz z nią słońce. Tylko tego brakuję mi do szczęścia. I zdrowia.

W czwartek przeżyłem mały kryzys. Kolano mnie tak bolało, że po schodach ledwo chodziłem i zacząłem szukać ortopedy. Nastrój miałem podły i tylko myślałem o tym, jak to rozegrać, żeby wystartować w półmaratonie w Gdyni. Na szczęście kolejny dzień przyniósł zmianę o 180 stopni. Jak ręką odjął. Mimo wszystko wprowadzam plan naprawczy – zero przysiadów i ćwiczeń siłowych na nogi. Ból ustąpił, ale mimo wszystko podchodzę do tematu ostrożnie. Nie chcę na początku roku nabawić się czegoś, co przerodzi się w poważniejszy uraz.

Mimo pewnych obaw w niedzielę wyruszyłem z małżonką na leśną trzydziestkę. Zaczęliśmy powoli, tempo powyżej sześciu minut na kilometr, dużo podbiegów, nogi ciężkie, ale kolano w normie, więc z czasem się rozkręciliśmy. Świetną opcją było wyruszenie z Oliwy. Ile można biegać po Otominie, czy ruszać na trasę z PKM Jasień. Żadnego zaskoczenia, żadnej przygody. Rutyna. Gorsza nawet od kręcenia kilometrów wokół zbiorników. Tym razem przebiegliśmy przez Owczarnię, Osowę, Gołębiewo, aż pod Wielki Kack, potem przez Borodzieja, wizyta na Pachołku i powrót na start. I jeszcze spotkaliśmy Marcina Czajkę, jedynego znanego mi człowieka, który miał przyjemność biegać ze Scottem Jurkiem, więc kolejny plus. Poczułem przygodę, poczułem zew i znowu mi się odechciało biegać po asfalcie. Znowu mam ochotę na biegową eksplorację Trójmiasta i okolic.

Jedyne czego brakowało to słońce. Nie mam pojęcia jak smakują kilometry pokonywane w lesie, gdy słońce przedziera się między drzewami i sprawia, że myślę, że jeszcze za wcześnie na powrót, że warto skorzystać z tych warunków i biec dalej, przed siebie.

*

Kobe Bryant. Idol. Zawsze imponował. Zawsze. Niestety głowę mam zapchaną informacjami ze świata sportu, których pewnie większość społeczeństwa nie rejestruje i które nikomu do szczęścia nie są potrzebne. Ale po prostu pamiętam. Od Mistrzostw Europy w 1996 roku śledzę właściwie wszystkie większe (i mniejsze) imprezy i zapamiętuję. Pamiętam jak Ci „okropni” Niemcy wyeliminowali Anglików z fenomenalnym, jedynym, niepowtarzalnym Alanem Shearerem. Jak Manchester na Camp Nou wybił z głowy zwycięstwo w Lidze Mistrzów Bayernowi Monachium. Ten skok Adama Małysza z Willingen (polecam obejrzeć z komentarzem Davida Goldstroma!). Jak Tomasz Sikora był o krok od olimpijskiego złota…. Pamiętam pojedyncze bramki, pojedyncze biegi, pchnięcia, skoki, czy też rzuty do kosza. Pamiętam jak Kobe rzucił 81 punktów Toronto Raptors, jak zakończył karierę z sześćdziesiątką na koncie. Jak odszedł Shaq O’Neal i nikt nie wierzył w projekt Los Angeles Lakers z Bryantem w roli lidera. Jak potem dwukrotnie zdobywał jeszcze mistrzostwo. Jak zerwał Achillesa w meczu z Warriors, a mimo wszystko jeszcze wrócił na parkiet żeby wykonać dwa osobiste. Legenda.

2 Comments

  1. Daniel pisze:

    Adam, a chwile temu jeszcze rozmawialismy czy my pokolenie MJ czy Kobiego 😐

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.