III Ultramaraton Kaszubska Poniewierka – relacja

To był bieg, na który zapisaliśmy się z Agnieszką, gdy tylko była taka możliwość. Na temat tej imprezy słyszeliśmy tylko pozytywne opinie, więc trzeba było się przekonać, ile w tym prawdy. Do wyboru były dwa dystanse – 30 i 100 kilometrów (dla chętnych, a raczej dla chętnego, jednego, jeszcze 130, ale to już zupełnie inna historia), więc wybór był prosty. Póki co.

Po tym, jak sprawnie sobie poradziłem na trasie TriCity Trail nie miałem większych obaw przed tą trzydziestką. Na płaskiej trasie kalkulacja byłaby prosta – tempo pomiędzy półmaratonem, a maratonem (w moim przypadku pewnie coś koło 4’00”) i lecimy. Tymczasem na Kaszubskiej Poniewierce ciężko było znaleźć jakiś punkt odniesienia, sprawdziłem zeszłoroczne wyniki, ale niewiele mi to mówiło, więc liczyłem po prostu na lepsze średnie tempo, niż w lipcu (wyniosło ono 5’13”).

Start był o 13:00, więc można było spokojnie przed biegiem się nastroić. Ja w ramach relaksu pojechałem ogarnąć samochód – odkurzyłem, przetarłem tapicerkę i go umyłem (chyba już przeczuwałem, że będzie mi dane wracać z panem Kaszkurem). Na starcie byliśmy niecałe sześćdziesiąt minut przed godziną zero, lecz czas do startu minął bardzo szybko. Nim się obejrzałem już stałem w drugiej linii i nerwowo przebierałem nogami.

Trasa biegu jest tak niewdzięczna, że zaczyna się od długiego i stromego podbiegu, na którym kilku pierwszych zawodników szybko odskoczyło od peletonu. Ja po kilku metrach przeszedłem do marszu. Wiedziałem, że przede mną jeszcze ponad dwadzieścia dziewięć kilometrów, więc miałem czas, żeby nadrabiać stracony dystans. Poszło szybko, bo wielu zawodników, tych mniej wprawionych, również postanowiło stromiznę pokonać biegiem, a tuż za nią potrzebowali chwili, żeby dojść do siebie. Ja w tym momencie dołączyłem do szerokiej czołówki i z całkiem niezłej perspektywy mogłem podziwiać, jak czołowa trójka zawodników zmierza do mety.

Fot. Paweł Marcinko / Run So Fun

Fot. Paweł Marcinko / Run So Fun

I w zasadzie tak przez kilka kilometrów wyglądała rywalizacja. Panowie, którzy skończyli rywalizację na podium szybko się urwali i tyle było ich widać, a ja nawet miałem nadzieję nawet na czwarte miejsce, chociaż większość podbiegów pokonywałem żwawym marszem (wtedy traciłem kilka metrów do innych zawodników), a nadrabiałem na zbiegach i odcinkach płaskich. I wszystko byłoby super, gdybyśmy we czwórkę nie zgubili się między 15., a 16. kilometrem. Wiadomo, że winny był ten, który prowadził „grupetto”, haha. No dobra, sam sobie winien jestem, bo miałem wgranego tracka, a mimo wszystko zamiast spojrzeć od czasu do czasu na zegarek, to sobie podziwiałem piękne, kaszubskie krajobrazy. Wydaję mi się, że w tym momencie byliśmy tuż za podium (pierwszy z nas był na 4., albo 5. miejscu, ale nie mam stuprocentowej pewności), a ten wybryk kosztował nas dwie (na pewno), a może nawet trzy minuty straty. Cóż, zdarza się. Ale żeby nie było, nie miało to większego znaczenia na mój stan psychiczny, wciąż byłem bojowo nastawiony i miałem nadzieję, że uda mi się ukończyć rywalizację w pierwszej dziesiątce.

Chwilę przed tym „wypadkiem” minęliśmy na trasie dwie cudowne, starsze kobiety, z których jedna grała na instrumencie, a druga rozdawała cukierki. Aż miałem ochotę sobie przysiąść obok, posiedzieć, porozmawiać i podziękować. I takich sytuacji na trasie było jeszcze kilka, gdzie pojedynczy kibice, z wielką skromnością i niesamowitą radością bili brawo, pokrzykiwali, czy w jeszcze jakiś inny sposób nas wspierali.

Za mną była połowa dystansu, czułem się świetnie, ale prawdziwa zabawa dopiero się zaczynała. Wszystko, co najcięższe było przede mną, ale biegło się przyjemnie. Nie miałem większych problemów z utrzymaniem satysfakcjonującego tempa. Na trasie spotykałem herosów z setki, którzy, cóż wyglądali raz lepiej, raz gorzej, ale z kilkoma udało się zamienić kilka słów. Niektórzy mieli tak dobry humor, że z daleka było ich słychać (Baranowski idzie, Baranowski idzie – w wykonaniu Tomasza Kaszkura słyszałem bardzo dobrze). Jednak w pewnym momencie mnie „odcięło”. Sił było, jakby mniej, na dodatek na jednym ze zbiegów „coś” mi je*ło w mięśniu dwugłowym uda i zaczęły się skurcze! Wiedziałem, że już nic dobrego mnie nie spotka, a gdy w ciągu kilku minut wyprzedziło mnie dwóch zawodników, to ochota do walki była jakby mniejsza.

Fot. Agata Masiulaniec.

Fot. Agata Masiulaniec.

Resztką sił utrzymałem się za plecami kolegi Tomasza, któremu w pewnym momencie uratowałem tyłek i nie pozwoliłem mu zboczyć z trasy. Na dwa kilometry przed metą postawiłem sobie sprawę jasno – albo wóz, albo przewóz. Albo ruszę z kopyta i dam radę, albo padnę na ryj i na metę wpadnę na kolanach. Udało się, ostatnie dwa tysiące metrów ze średnią poniżej czterech minut na kilometr i metę przekroczyłem po 2 godzinach 35 minutach i 16 sekundach.

9. miejsce, satysfakcja, ale z nutką delikatnego rozczarowania, bo jednak mogło być lepiej, ale jak jest się pierdołą, to niestety tak bywa. Bieg był fascynujący. Atmosfera przed i klimat po – świetny. Masa znajomych, dobre, swojskie jedzenie i zimne piwo. Trasa była wymagająca, wolałbym żeby było mniej asfaltu i więcej podejść, kosztem tych długich, męczących podbiegów, które głupio podchodzić, a wbiegając można się naprawdę sponiewierać. Ale właśnie o to chodziło! Nie ważne ile kilometrów, ważne żeby sponiewierało.

Tuż za mną był Marcin Zawaluk. Czad! Za rok będzie TOP 10! Na bank! W czołówce Marcin i Radek. Agnieszka w pierwszej połowie, więc jak na pierwszy raz na dłuższej, trailowej trasie super wynik, chociaż pewnie nie jest do końca z siebie zadowolona. Mimo wszystko na mecie wszyscy byli usatysfakcjonowani, a niektórzy nawet bardzo!

A ja dzisiaj ledwo chodzę, chyba czas na wizytę u fizjoterapeuty, bo mój mięsień dwugłowy woła o pomoc. Wygląda na to, że czeka mnie delikatnie dłuższa przerwa od biegania, niż początkowo zakładałem.

PS. Po takim biegu mam wątpliwości odnośnie swojej biegowej drogi. Z jednej strony chciałbym pójść w ślady Łukasza Stacherskiego i złamać 17 minut na 5 kilometrów, z drugiej takiej wolności, jaką dają biegi trailowe, nie znajdę na żadnym biegu ulicznym. I mam coraz większą ochotę znaleźć się… w ciemnej dupie, w środku nocy, w lesie, sam (albo z żoną, albo z innym świrem) w środku jakiegoś cholernego ultra.

2 Comments

  1. Dobry humor to podstawa 😀

    Chciałem powiedzieć coś śmiesznego w nawiązaniu do tekstów, które czasem mi się uda usłyszeć od kibiców. Mam takie wrażenie, że kibice czasem mówią pewne rzeczy myśląc, że biegacz jest jakby zamknięty za drzwiami samochodu, albo innej kopuły i nic nie słyszy. Dwa moje ulubione teksty jakie usłyszałem w życiu to:

    1) Na maratonie solidarności, jakieś 2 km po starcie, kiedy miałem jakiś kłopot z endo i grzebałem w komorce: „Patrz tego, z komóreczką sobie biegnie hehehe”

    2) Na 15-tce w Skórczu, całkiem poważny komentarz: „Ten to może tak do wieczora biegać bez jedzenia takie ma zapasy”

    • Adam pisze:

      Tomek, to są i tak delikatne komentarze, bo czasami potrafią dać do pieca.
      Mnie to najbardziej denerwują jak kibice, szczególnie kobiety, cieszą się, że przede mną jest kobieta… I muszę gonić :- )

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.