Nocna Dycha Kopernika 2020 – relacja

Dobrze móc napisać relację z biegu. A jeszcze lepiej jest móc napisać relację z udanego biegu!

Wsiedliśmy z Agnieszką do auta, podjechaliśmy po pana Dombrowskiego i ruszyliśmy w podróż. Powiem szczerze, że jak przyjechaliśmy do Torunia, to już byłem zmęczony… gadaniem. Od wyjścia z domu do zaparkowania samochodu zeszło nam koło godziny i czterdziestu minut, a przez ten czas cały czas nawijaliśmy (głównie to ja), a jeszcze musiałem zwracać uwagę na to, co się dzieje na drodze, bo kierowcy jednak wypada. Ale w dobrym towarzystwie czas szybko zleciał, co tylko na plus. Na odbiór pakietów, wskoczenie w startowe odzienie i rozgrzewkę mieliśmy godzinę, więc było idealnie.

Nie będę pisał o rozgrzewce, bo przez dziesięć miesięcy od ostatniego poważnego startu zapomniałem nawet jak ją porządnie zrobić, ale zdążyłem zlać się potem, więc to chyba dobrze, co? Mimo iż słońce dawno zniknęło za horyzontem, to było parno i bezwietrznie. Zupełnie inaczej niż tego samego dnia w Gdańsku, gdzie wiatr dość mocno hulał. Na trzy minuty przed godziną zero podążyliśmy na start. Zbiłem piątkę z Radkiem, dałem żonie buziaka i ruszyłem do przodu. Ustawiłem się w trzeciej linii i czekałem na wystrzał startera.

A po starcie ogień! Do przebiegnięcia było około 500 metrów po bieżni lekkoatletycznej (okrążenie i jeszcze kawałek), czyli po płaskim. I pewnie domyślacie się, co się stało. Towarzystwo odpaliło turbo i trzeba było mocno pilnować tempa, żeby już na początku się nie wypstrykać. Nie dałem się ponieść i pierwsze pięćset metrów zrobiło po 3’36” i jeszcze zwolniłem. Cyk, pierwszy kilometr w 3’39”. Idealnie. Teraz tylko należało to trzymać przez osiem kilometrów, a potem przyspieszyć.

Przez niecałe trzy kilometry miałem kilka metrów przed sobą zawodnika, ale potem trzeba było samemu wziąć się do roboty. A że dobrze żarło, to się na nikogo nie oglądałem. Kończyłem piąty kilometr z czasem 18:09, co dawało duże nadzieję na zdecydowaną poprawę rekordu życiowego. Na drugie okrążenie ruszałem znając już profil trasy i wiedziałem, że najtrudniej będzie do 7,5 kilometra, bo potem będzie można puścić nogi i gnać prosto do mety.

Na szóstym kilometrze walczyłem z butelką wody, którą dostałem otwartą, a potrzebowałem tych dwóch łyków, żeby się odświeżyć, na ósmym nawrotka o 180 stopni, więc kolejne sekundy uciekły, ale do mety było już tylko płasko lub w dół. Na dziewiątym kilometrze ktoś do mnie doszedł, zrównał się, a po chwili odbiegł, ale nie odpuściłem i ruszyłem znowu za nim i znowu wyszedłem przed. Na dziewiątym kilometrze zrobiło się cieplutko (3’33”), a potem zamknąłem oczy… Na 400 metrów przed metą rywal odpalił rakietę, próbowałem powalczyć,ale nawet mimo iż pędziłem poniżej poniżej trzech minut na kilometr, to nie dałem rady. Ale byłem na mecie i byłem z siebie dumny!

00:36:20, a czas netto jeszcze o trzy sekundy lepszy: 00:36:17. NEW PERSONAL BEST. Się zdziwiłem jak cholera! Gdzieś w połowie dystansu poczułem, że coś z tego będzie, ale jakby mi ktoś przed startem powiedział, że urwę ze swojego najlepszego wyniku trzydzieści pięć sekund, to bym mu nie uwierzył. Było fenomenalnie, a gdyby nie te dwa zakręty o 180 stopni, to jeszcze by można było z tego urwać kilka sekund i to w momencie, gdy czułem się bardzo daleki od optymalnej dyspozycji! Czułem się na 85, może 90% formy, którą miałem na początku lata, ale był ogień. Nogi zrobiły swoje, głowa współpracowała i mamy piękny wynik!

*

Poszedłem w kierunku wejścia na stadion i widziałem jak wbiega. Radek. Sam, co mnie lekko zaniepokoiło, bo jeszcze nie tak dawno biegł razem z Agnieszką. Nie wyglądał na specjalnie zmęczonego, a po czasie widziałem, że będzie koło czterdziestu dwóch minut i trzydziestu sekund (skończyło się na 00:42:22).

Po chwili pojawiła się też Agnieszka. Chciałem ją trochę zmobilizować i z nią pobiec, ale… nie pozwoliła mi, hehe. Wbiegła na metę czwarta wśród kobiet i nabiegała 00:43:13 (wow!). To już jest tempo poniżej czterech minut i dwudziestu sekund, a to już jest milutko. Koniec końców zajęła szóste miejsce (z drugiej grupy wyprzedziły ją dwie panie), wygrała swoją kategorię wiekową i poprawiła swój najlepszy wynik o ponad minutę. Jak zawsze duma!

Żeby nie było, to następnym razem pierwszy kilometr muszę pobiec z Agnieszką, bo jak się zaczyna w 4’02”, a piątkę się robi poniżej 21 minut, to w drugiej części dystansu może przydusić… Ale zwycięzców, nawet kategorii wiekowej, się nie sądzi.

*

Na dekoracji nie zostaliśmy. Chcieliśmy, ale przegraliśmy z chłodem i zmęczeniem. Ale już dzisiaj z organizatorami rozmawiałem, nagroda w ręce Agnieszki trafi. I takie podejście to ja szanuję.

Powrót był wesolutki, ale jak mogło być inaczej? Wszyscy zadowoleni z wyników, a kto mógł ten pił izotoniczne napoje wzmacniające. Więcej takich wyjazdów! Kto chcę być kierowcą? : )

Trasa elegancka, mimo iż wolę jedną pętlę, to było fajnie. I wbrew pozorom było płasko, moim zdaniem. Albo po dwóch tygodniach w górach tak mi się wydaję.

Jedyne co mnie bawiło to spiker zawodów… chyba sześć razy powtarzał jaką ma życiówkę na dziesięć kilometrów. Przed, w trakcie i po biegu. Wyjechałem z Torunia z poczuciem, że najważniejszy w tej całej imprezie był rekord życiowy pana spikera : )

35 minut z przodu jest na wyciągnięcie ręki. W sobotę nie byłem na to gotowy, ale było blisko!

*

Zdrowia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.