O bieganiu szybszym i wolniejszym

Żyjemy w wielkich czasach, lecz czasu coraz mniej.

I dlatego w jednej krótkiej notce postaram się umieścić maksimum treści.

Protip na start,

czyli o jakości treningu. Tę definiują najczęściej tempo lub tętno. Dla jednych kluczowa będzie pierwsza wartość, dla innych druga. Dla mnie ważniejsze bywa najczęściej tempo. I tak totalnie przypadkiem odkryłem sposób na poradzenie sobie z jego utrzymaniem na założonym poziomie. Mianowicie, ustawienie automatycznego okrążenia na 500 metrów. Zrobiłem to, bo chciałem zrobić trening złożony tylko z 500 metrowych odcinków, lub ich iloczynu (czyli na przykład – 1 500 metrów szybciej, 500 wolno, 2 000 szybciej, 500 wolno, 500 szybko i tak dalej). Tymczasem nie udało mi się od początku uzyskać prędkości zakładanej (poniżej 4’00”), więc po prostu zmieniłem założenia i postanowiłem zrobić bieg ciągły na nieco wyższej intensywności. Najpierw myślałem o sześciu kilometrach, potem o ośmiu, skończyłem na dziesięciu ze średnim tempem 4’15”. Najlepszy był jednak rozkład prędkości (zacząłem od 2,5 kilometrowej rozgrzewki, a po wszystkim jeszcze przebiegłem kilkaset metrów luźniej), niesamowicie zbieżny na każdym tysiącu:

Waga na start,

czyli kupiłem nową wagę. Stara się popsuła. Więc musiałem od razu sprawdzić, czy ta też nie jest zepsuta. No i nie jest. 74,8 kg. Ostatnio tyle miałem w szkole średniej. W zasadzie to nie było trudne i mogłem to przewidzieć, bo:

  • biegam więcej, niż przed rokiem (cztery kolejne tygodnie z wynikiem ponad 80 km, a styczeń był moim najlepszym miesiącem pod względem objętości treningowej),
  • nie jem słodyczy (albo jem, ale rzadko i nie… teraz trudno mi dobrać słowo, które by oddawało istotę i nie raziło w oczy, ale zaczyna się na „w”, więc możecie sobie dopowiedzieć),
  • mam dużo pracy (i w zasadzie mógłbym temat drążyć, ale w skrócie powiem tyle, że kiedyś w pracy myślałem o żonie (i bieganiu), a teraz na bieganiu myślę o… pracy (i żonie). Oczywiście ma to też swoje plusy, bo często wpadam na genialny w swojej prostocie pomysł, ale ma też minusy – bo po prostu myślę o pracy).

Niedziela fajna jest,

czyli o bieganiu w grupie. Nie sądziłem, że prosty pomysł na niedzielne wybiegania tak wiele zmieni w moim podejściu do… biegania w grupie. Przez pięć lat uczestniczyłem w dwóch takich spotkaniach – z Łukaszem Gurfinkielem i Radkiem Dudyczem. Było fajnie. Ale nie myślałem, że sam mógłbym się stać prowodyrem takich spotkań. Tymczasem okazuje się, że są chętni, ma to sens, ma to ręce i nogi, a już na początku tygodnia dostaje pytania, czy już jest pomysł i gdzie się spotykamy. Super! Cieszę się bardzo, że to tak wygląda, że nie ma ciśnienia na wysokie tempo (może nie dla wszystkich), że trzymamy się razem, że nie muszę prowadzić (to ja, mistrz nawigacji), że można sobie pogadać o wszystkim i o niczym, że jest tak, jak jest.

Na kolejne tygodnie już mam pomysły. I już w lutym będzie trochę urozmaicenia i szybszego biegania – chociaż przez chwilę (to już w najbliższą niedzielę) i będzie pierwsza trzydziestka (czas najwyższy).

Więcej na ten temat innym razem, bo przydałoby się podsumować te kilka spotkań. Ale przyjdzie i na to pora tak, jak i na ogłoszenie planów startowych na rok 2018.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.