Od czerwca dużo zależy, czy żniwa będą jak należy

Ale w weekend było biegane. Pierwsze zawody, pierwsze podia, pierwsze relacje. A ja się zadowoliłem rowerowo-biegowym relaksem i leżeniem bykiem na plaży. I powiem wam, że było warto. Nawet przez moment nie żałowałem, że mnie nie ma w Żukowie, czy na gdańskich Stogach. Żeby nie pan Bagiński, to bym nawet w wyniki nie zajrzał. Na endo też nie zaglądam. Nawet mi się nie chcę. Robię swoje, raz szybciej (sam), raz wolniej (z żoną) i jest mi z tym wybornie.

Spędziłem cały tydzień na sportowo. Jak nie biegałem, to wyszedłem na rower. Dorzuciłem jeszcze dwa treningi siłowe i się nazbierało ponad 11 godzin aktywności. 89 kilometrów w biegu i 60 kilometrów na rowerze. Czasami „żałuję, że tak dużo biegam” i nie mam więcej czasu, żeby sobie spokojnie popedałować, bo naprawdę sprawia mi to przyjemność. Ale też na rowerze nie gnam. Mój turystyczny Unibike nie jest maszyną, na której uzyskuję niesamowite prędkości i nie traktuję tego jak trening. To rodzaj aktywnej regeneracji. Ale jeśli można sobie pojechać na plażę, popatrzeć na zachód słońca i spokojnie wrócić do domu, to czemu nie skorzystać?

Gdyby ktoś zatęsknił za zawodami i chciałby poczuć chociaż ich namiastkę, to zapraszam na relację pana Baginsa z Żukowa -> klik, klik.

A ja pędzę ku podsumowaniu. Siedem punktów, na każdy dzień tygodnia jeden:

  • Chciałem zacząć mocno. Ustawiłem w zegarku 10×600 metrów i miałem nad Iten wprowadzić w życie niecny plan, ale… cholernie bolał mnie brzuch. Biegłem między 4’20”, a 4’30” i mnie skręcało. Postanowiłem więc zrobić żwawszą dyszkę i wrócić do domu, ale pojawił się Damian, który miał zaplanowane 5×1600 metrów i się dałem namówić na dwa powtórzenia, które wyszły po 3’37”. Może zbyt szybko zrezygnowałem z planu A, albo potrzebowałem mobilizacji w postaci partnera treningowego. W każdym razie dokręciłem do 14 kilometrów ze średnim tempem 4’15” i nie miałem wyrzutów sumienia. Prawie.
  • We wtorek szybsze odcinki planowała małżonka, ale jak zaczęliśmy poniżej pięciu minut na kilometr, to tak zrobiliśmy całą dyszkę (47:18). W międzyczasie spotkaliśmy Sławka Kuncewicza, z którym mogłem sobie porozmawiać o tematach korporacyjnych i ponownie licznik zamknął się na 14 kilometrach. Wieczorem zrobiłem krótki, ale intensywny trening siłowy.
  • Kolejnego dnia zaplanowałem skromne cztery kilometrowe powtórzenia poniżej 3’30” na trzyminutowej przerwie. Nie biegło się jakoś ultra swobodnie. Nogi miałem ciężkie, brakowało lekkości w kroku, ale bez większego spinania weszło średnio po 3’28”. Dotruchtałem do domu i zegarek zatrzymałem po 12 kilometrach.
  • Czwartkową przerwę od biegania wykorzystałem na rower. Zjechałem do Wrzeszcza, podjechałem sobie pod Jaśkową, wróciłem niedawno oddaną do użytku aleją Pawła Adamowicza z rewelacyjną drogą rowerową. Nawet się trochę zmęczyłem : )
  • W piątek przed pracą zrobiłem lekką dyszkę (średnie tempo 4’49”), a dzień zakończyliśmy wieczorną przejażdżką ulicami Gdańska i wizytą nad Bałtykiem – 40 kilometrów weszło aż miło.
  • Pierwsze dwa tysiące metrów nie zapowiadało nic dobrego, ale potem poszło! Z każdym krokiem biegło się lżej i przyjemniej. Weekend rozpoczęliśmy 11 kilometrami w tempie 5:10 min/km.
  • Niedziela była pracowita. Zamiast jechać do lasu, to wybiegliśmy z domu i ruszyliśmy przed siebie. Po kilku kilometrach urodził się plan, żeby jednak o las zahaczyć i na Niedźwiedniku wbiegliśmy do Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Poczułem ulgę, bo miejski skwar dawał nieźle popalić. W lesie udało się złapać trochę cienia i chłodu. Mimo wszystko i tak wstąpiliśmy na powrocie do sklepu, żeby uzupełnić płyny, których trochę ze sobą mieliśmy… Skończyło się na ponad 27 kilometrach. Pierwszy raz od dawno zrobiliśmy takie długie wybieganie, ale było zacnie! Na koniec dnia, tuż przed zbliżającą się burzą, wyskoczyliśmy jeszcze na szybki trening pod chmurką. Pod pachę wzięliśmy dwa kettle, taśmy oporowe i hejo! Pół godzinki dobrej zabawy, której skutki czuję jeszcze dzisiaj… Moje pośladki!

Nie spodziewałem się, że z końcem czerwca będą miał już ponad dwa tysiące kilometrów w 2020 roku… i wciąż żadnej imprezy na koncie : )

Powoli też, po ponad siedmiu latach od rozpoczęcia biegowej przygody, widać gdzieś w oddali tabliczkę z napisem „20 tysięcy kilometrów„. Prawdopodobnie w połowie września powinienem się pochwalić, że mam przebieg jak czteroletni Passat, którym Niemiec jeździł tylko do kościoła.

Zdrówka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.