ONICO Gdynia Półmaraton 2017 – relacja | 2h59min.pl

ONICO Gdynia Półmaraton 2017 – relacja

Przed rokiem niesamowicie ekscytowałem się gdyńskim półmaratonem. Teraz ominęła mnie cała przedstartowa nerwówka. Podszedłem do tego startu poważnie, ale bez zbędnych emocji. Po prostu pojechałem tam zrobić swoje, sprawdzić się, złamać 1:20, wrócić do domu, wypić piwko i przejść do ostatniej fazy przygotowań maratońskich.

Jeszcze miesiąc temu nie mogłem się doczekać tego wyścigu. Nie brałem udziału w żadnej imprezie od października (AmberExpo Gdańsk Półmaraton 2016) i po prostu roznosiła mnie energia. Ale czym było bliżej startu, tym miałem mniej ochoty na poważne ściganie. Dały o sobie znać ciężkie treningi, a „cudowna” pogoda bardziej zachęcała do rozpalenia grilla, niż biegania.

W zasadzie ten tekst mógłbym zatytułować tak: Jak się przygotować do półmaratonu i wszystko spieprzyć. Kompendium wiedzy. Nie mam wątpliwości, że byłem przygotowany na wynik poniżej 80 minut. I nie mam też żadnych wątpliwości, że wszystko solidnie spieprzyłem. Więc zacznę od wszystkich moich błędów.

  1. To, że jesteś godzinę przed startem w okolicy startu, to jeszcze nic nie znaczy. Byliśmy w Gdyni o 9:05, zanim się przebraliśmy, oddaliśmy rzeczy do depozytu i odstaliśmy swoje w kolejce do toi toia, to zrobiła się 9:45. Moją rozgrzewką było kilka minut biegania w jednostajnym tempie, aby się chociaż trochę się rozgrzać, choć tak naprawdę ciepło mi się zrobiło, jak wepchałem się w sam środek strefy startowej.
  2. Lepiej dwie warstwy za dużo, niż jedna za mało. Zmarzłem. Po prostu. Ubrałem mój „standardowy” strój biegowy, ale to było zdecydowanie za mało. Spokojnie mogłem czapkę z daszkiem zastąpić zimową i ubrać koszulkę termoaktywną. Na dodatek przed biegiem nie wziąłem żadnej bluzy, czy folii, dzięki której chociaż trochę mniej odczuwałbym podmuchy wiatru i przenikliwy mróz. Odwaliłem totalną amatorkę.
  3. Ustawienie w strefie startowej. Dawno nie startowałem w tak „tłocznej” strefie, na dodatek ustawiłem się w jej środku, więc już od początku miałem problem z uzyskaniem odpowiedniego rytmu biegu. Kilka razy musiałem zwalniać, potem przyspieszać i pewnie to też kosztowało mnie trochę energii. Od kiedy wskoczyłem do grupy najszybszych zawodników, to pierwszy raz zdarzyło mi się coś takiego.

Z tego, co się wydarzyło przed biegiem, to tyle. Naprawdę już na tym poziomie powinienem nieco rozsądniej podchodzić do pewnych spraw. Nie mogę mieć o to do nikogo pretensji, mogę się złościć tylko na siebie. Jednak kluczem do wyniku powyżej 1:20 był przede wszystkim brak taperingu.

Byłem zmęczony, na tydzień przed półmaratonem zrobiłem 25-kilometrowe wybiegania, a po dniu przerwy dobiłem się mocnym treningiem 7×1000 metrów w czasie od 3:36 do 3:51. Dodając do tego, że jeszcze czułem w nogach trening z Radkiem Dudyczem, to naprawdę do optymalnej dyspozycji sporo mi brakowało. Mimo wszystko nie zamierzałem odpuszczać i pobiegłem tak, jak mogłem tego dnia najlepiej.

Fot. Agnieszka Marta Kazmierska

Fot. Agnieszka Marta Kazmierska (AK-ska Photo)

Oczywiście, gdyby pojawił się chociaż cień szansy na 1:19:59, to na ostatnich dwóch kilometrach byłbym w stanie z siebie dać więcej. Ale tych szans nie było, a i tak miałem życiówkę w kieszeni, więc tylko delikatnie przyspieszyłem i ostatni kilometr pokonałem w czasie 3:38.

Od początku postanowiłem biec mocno, ale żeby mieć jeszcze siłę przyspieszyć. Do połowy dystansu trzymałem się bardzo dobrze. Zabiło mnie za to trzy tysiące metrów pod wiatr na ulicy Janka Wiśniewskiego. I właśnie na tym odcinku od 11 do 13 kilometra straciłem najwięcej (może jednak warto było wziąć jakiś żel albo dwa?). Przyspieszałem, próbowałem walczyć, ale nie było mnie stać na żaden solidny zryw. Mogłem biec jednostajnie tempem około 3:50 min/km, ale nic więcej. Mocniejszy kilometr wyszedł mi tuż przed drugim podbiegiem pod Świętojańską (3:40), ale to było moje ostatnie słowo. Fantastyczny doping pchał mnie do przodu i nawet pod górkę wyprzedziłem kilku zawodników. Ale zdecydowanie brakowało mi szybkości… Ostatecznie ukończyłem bieg w czasie 1:20:35, co dało mi 67. miejsce (59. wśród mężczyzn i 21. w kategorii wiekowej M20).

Może Wam się wydawać dziwne, że wspominam o braku szybkości, ale tak było naprawdę. Czułem, że tempo 3:50 min/km jest dla mnie komfortowe i mogę nim przebiec kolejnych dziesięć kilometrów. Oczywiście byłem zmęczony, ale nie na tyle, żeby po wbiegnięciu na metę paść na kolana. Chyba byłem po prostu rozczarowany… i to mimo to, że poprawiłem rekord życiowy o ponad minutę. Dziwne to. Ale ambicje tego dnia były większe.

Fot. Agnieszka Marta Kazmierska (AK-ska Photo)

Agnieszka tym razem zakończyła bieg bez rekordu życiowego. Zabrakło 26 sekund. Również widziałem na jej twarzy wyraz niezadowolenia. Mimo wszystko potwierdziła, że jest w stanie regularnie biegać półmaraton zdecydowanie poniżej stu minut, a finalnie przy jej nazwisku pojawił się czas 1:37:06 (60. miejsce wśród kobiet i 24. w K20).

Pochwalę kibiców. To było cudowne. Mógłbym Świętojańską biegać w górę i w dół i tak, żeby w końcu wyszło mi 21,097 km. Do kolekcji trafiają dwa bardzo oryginalne medale, naprawdę wyglądają rewelacyjnie. Impreza została zorganizowana naprawdę wzorowo. Recovery bag na plus, jak zawsze nie mam nic do powiedzenia o posiłku regeneracyjnym, ale jak stałem i czekałem na żonę, to nieco zamarzyła mi się meta w obiekcie Gdynia Arena ;- )

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.