Ostatni raz wspominam 2018 rok

Po pierwszym kwartale minionego roku skończyłem z podsumowania trzymiesięcznych okresów. Dlatego, że nie wnosiły kompletnie żadnej wartości dodatniej. Schemat wyglądał zawsze tak samo: trening, zawody, plany. Treningowo niewiele zmieniałem, w zawodach startowałem rzadko, a planów często nie miałem – znaczy się wiedziałem, że chciałbym gdzieś pobiec, ale nie wiedziałem kiedy i gdzie, więc bywało i tak, że zapisywałem się last minute.

Teraz, w ramach nadrabiania zaległości, nieco o zakończonym przed kilkoma dniami roku. W krótkich punktach, co by nie nudzić.

  • Przewartościowałem swoje bieganie.

Wyszło to dość naturalnie i tego nie planowałem. Od początku 2018 roku byłem co raz częstszym gościem na leśnych ścieżkach. Gdy tylko miałem możliwość, to jechałem do Otomina, czy pod Trójmiejski Park Krajobrazowy. Daje to dość wiele wolności, tempo i tętno tracą na znaczeniu, a rośnie satysfakcja. I właśnie z tych treningów jestem najbardziej zadowolony. Z wycieczki, którą zakończyłem maj (41 km), czy z biegowej podróży z Kartuz do domu (45 km). Nie jestem jednak w stanie realizować 100% treningów w lesie, więc…

  • Mimo wszystko lubię przepalić nogę na asfalcie.

Po prostu. Czasami kompletnie bez żadnego celu. Zakładam typowe wyścigówki na nogi i lecę na dyszkę w tempie poniżej 4’00”. Podkręcam tempo z każdym krokiem, z każdym kilometrem rośnie tętno, a ja czuję drżenie nóg i czekam aż skończą mi się siły.

  • „Klepanie” kilometrów nie przynosi u mnie żadnych efektów (na asfalcie).

Klepałem dużo przed maratonem. W tempie umiarkowanym. Raczej wolniej, niż szybciej. Coś między 4’40”, a 5’10”. I co? I nic. Przynajmniej jeśli chodzi o moją maratońską historię. Za to, to co wybiegałem w pierwszych trzech miesiącach roku, dało mi niezłą bazę pod ultra, więc są i plusy (ale to widzę dopiero teraz).

  • Brakowało mi siłowni.

Po pierwsze w aspekcie biegowym. Bo bieganie w tempie umiarkowanym na siłowni, to katorga, więc biegam szybko. A przeplatanie treningów długich i szybkich daje efekt.

Po drugie ćwiczeń siłowych, z hantlami, ze sztangą, pompek. Jak tylko to włączyłem do treningu (ostatni miesiąc przed Garminem), to poczułem różnicę.

  • Fizjoterapeuta też może być fajny.

Polecam. Jeśli jesteś w stanie spojrzeć swojemu fizjo w oczy i powiedzieć, że się rozciągał, nie robiąc tego, to z resztą sobie poradzisz. Chyba, że ktoś postanowi zrobić użytek ze swojego łokcia.

  • Biegałem w siedmiu parach butów.

Jedne trailowe Mizuno, które skończyły na reklamacji (uznanej). Trzy pary Kalenji i jedne Brooksy, Adidasy i Asicsy. Najbardziej zadowolony jest z modeli Adidas Solar Boost i Kalenji Kiprun Race.

  • Przebiegłem 3 366 kilometrów w 283 godziny, 57 minut i 17 sekund oraz spaliłem 253 156 kalorii.

Biegałem przez ponad 11 dni. Mógłbym w tym czasie obejrzeć wszystkie sezony Gry o Tron i to mniej więcej cztery razy.


Wystartowałem w dziesięciu imprezach. Z dziewięciu wyników jestem zadowolony. Szczególnie dobrze wspominał będę:

Za mega klimat. Za pozytywne emocje. Za to, że mnie sponiewierało w drugiej połowie dystansu. I za to, że się z tego cieszyłem.

Za debiut w ultra. Za niezapomniany debiut w ultra. Za to, że pierwszy raz nie robiłem żadnej rozgrzewki przed startem.

Za to, że prawie byłem szósty. I za to, że skończyłem dziewiąty. Za to, że po dwudziestu czterech kilometrach chciałem zejść z trasy, a mimo wszystko ostatni tysiąc pobiegłem w 3’43”. Za świetny klimat na mecie, z mega paszą.

Za debiut w roli pacemakera. Za ścianę deszczu na trasie. Za dobry trening.

Za fajną, wymagającą, ale biegową trasę. Za ukoronowanie roku. Nie mogłem sobie wyobrazić lepszego zakończenia sezonu. Ultra. Podium. Open.


Nie pobiłem żadnej życiówki, ale tylko raz próbowałem na atestowanej trasie (Gdańsk Maraton) i nie mam z tym absolutnie żadnego problemu (wróć na samą górę listy, jeśli nie wiesz dlaczego). Nadal jestem na etapie poszukiwania biegowej drogi. Nie spieszy mi się z jej znalezieniem. Póki będę czerpał z tego radość mogę tkwić w zawieszeniu, w którym z jednej strony myślę o wyniku poniżej 36 minut na dziesięć kilometrów, a z drugiej o kolejnym ultramaratonie.

Foto główne: Karolina Krawczyk.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.