Paradoks szklanki wody

Mam wrażenie, że styczeń jest najgorszym miesiącem roku. Powinniśmy się właśnie z Kaszkurem ścigać, kto zostawi pierwsze ślady na śniegu po nocnych opadach, a mamy tak zmienną pogodę, że w zasadzie nie wiadomo, co przyniesie poranek. Czy będzie osiem stopni i stosunkowo ciepło, czy minus dwa, które w połączeniu z podmuchami wiatru skutecznie będą odbierać ochotę do biegania. I do życia.

Miszmasz w pogodzie. Miszmasz w biegu. Miszmasz w pisaniu.

Szczerze, współczuję wszystkim felietonistom, którzy muszą swój cotygodniowy cykl o coś zahaczyć, bo niemal nic się nie dzieje. Szczęśliwie temat dał Orlen i zamieszanie związane z wiosennym maratonem w stolicy, a raczej z jego brakiem. A szkoda, bo nawet przez chwilę przeszło mi przez myśl, czy by nie pojechać do Warszawy i nie pobiec za naszą elitą, która będzie walczyła o olimpijskie przepustki. Ale nie ma tematu, więc nie będę drążył.

Nowy rok, nowy ja. Również w Calypso. Nie polecam popołudniowych wizyt na siłowni, bo tłok, to mało powiedziane. Trudno znaleźć dla siebie miejsce. Wszystkie bieżnie zajęte i trwa walka z czasem. Kto wytrwa najdłużej? Trochę jak u Kinga i w „Wielkim marszu”, tylko nikt nie strzela do tych, którzy odpadają i odkładają swe nadzieje do kolejnego zrywu (kolejnego roku). Szczęśliwie tuż po szóstej dramatu nie ma, zajęte cztery bieżnie, w tym dwie przez Agnieszkę i przeze mnie. Ale swoje w kolejce po kluczyk do szafki trzeba odstać, dzisiaj przed nami już kilka osób było i trochę to wygląda jak na wyprzedaży w Xiaomi. Drzwi się otwierają. Maszyna ruszyła. Forma na lato 2020 sama się nie zrobi!

Co do formy, to w niedzielę przeżyłem pierwszy tegoroczny dramat. 23 kilometry w lesie, z tego pierwszych piętnaście absurdalnie wolnych, bez życia i bez energii. Gdyby Aga rzuciła hasło, że wracamy do domu, to bym chyba nawet nie protestował. Jakoś przetrwałem i wielkie odrodzenie przeżyłem na końcówce, może dlatego, że było z górki, a może dlatego, że luz w kroku się pojawił i nieco więcej chęci, a może swoje zrobiła perpektywa powrotu do domu. Chyba byłem po prostu zmęczony… Więc dzisiaj nie wiedziałem co mnie czeka. Wolny poniedziałek i wcześniejsze pójscie spać zrobiło swoje. Wszedłem na bieżnię, zacząłem biec i wyglądało to fajnie, chociaż nie mogłem przeżyć jednostajności i zacząłem kombinować. Wpadło jednak piętnaście kilometrów i to całkiem sensownych, w tym osiem ciągiem po 3’55”, sześć minutowych odcinów, na takiej samej przerwie, po 3’19” i niemal na koniec 1 600 metrów po 3’31”. Średnie tempo z całego treningu 4’00”, średnie tętno 156 uderzeń serca na minutę. Szklanka do połowy pełna.

Poprzedni tydzień był szóstym z kolei, który zakończyłem z ponad siedemdziesięcioma kilometrami na liczniku i to cieszy. Ale jak widzę na endo, to cienki bolek jestem i daleko mi do tegorocznych rekordzistów. Pamiętam jak na początku 2017 nie korzystałem z endo, bo Polar Flow nie pozwalało na automatyczną synchonizację treningów, a ręcznie mi się nie chciało zgrywać plików i ich wrzucać, więc niemal przez cały rok nie zaglądałem i było mi z tym absolutnie wybornie. Nie wiedziałem, kto ile biega i jak biega, mało kto widział, co ja biegam. Teraz mimowolnie spoglądam i chyba czas wziąć pod uwagę, to o czym nawijał Rychu Peja w jednym ze swoich utworów:

Jako zwycięzca koncentruje się na wygranej
Tylko przegrani koncentrują sie na zwycięzcach
Nie patrz na innych sukcesy przecież nie przyjdą same
Zrób ten wysiłek, zapracuj oto prosta recepta

Żeby nie było, to na tym niezgrywaniu danych wcale nie wyszedłem dobrze, bo jakiś czasu temu wszystkie pliki zgrałem i wrzuciłem na endo. Strasznie głupia robota i na dodatek czasochłonna. Ale jestem zadowolony, bo mam całą moją biegową historię w jednym miejscu. 17 tysięcy 356 kilometrów. 59 dni, 17 godzin i 42 minuty.

PS. Godzina pisania mi dobrze zrobiła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.