Parkrun Gdańsk-Południe #177 – relacja

Od kilku dni planowałem obecność na parkrunie. Nie sądziłem, że będę aż tak szybko biegł, bo chociaż temperatura była optymalna, to na gdańskim Iten hulał wiatr, który zniechęcał do ataku na rekordowy rezultat. Ale też samo przybycie na parkrun motywuję do szybszego biegu. Piątkę w dwadzieścia minut mogę zrobić w zasadzie każdego dnia podczas samotnego pokonywania kilometrów, więc tuż przed startem nastawiałem się na wynik poniżej dziewiętnastu minut.

Cały tydzień „nie myślałem o parkrunie”. Jeszcze w czwartek wieczorem na siłowni skatowałem się przysiadami tak, że wczoraj ledwo wstałem z łóżka. A wieczorem opędzlowałem wielką pizzę, bez żadnych wyrzutów sumienia, nawet mi nie zadrżała powieka. Dzisiaj też brakowało słynnego luzu w kroku, chociaż jak już zawiązałem buty i odpaliłem zegarek, to okazało się, że biegnie się całkiem przyjemnie i tempo poniżej 4’30” utrzymywałem bez większego problemu. Na rozgrzewkę zaaplikowałem sobie osiem kilometrów, pierwsze pięć koło 4’25”, a kolejne już w 4’10”, 4’01” i 3’59”. Nie byłem zmęczony, więc spokojnie powędrowałem w stronę startu.

Tam czekał już pan Kaszkur, który pół godziny wcześniej powiedział: – Mam nadzieję, że będzie Tobiasz, bo chcę się ścigać z Baranowskim. Tobiasz przybył, więc liczyłem chociaż na dwa kilometry w towarzystwie Tomka. Nic z tego nie wyszło. Po starcie do przodu wystrzelił Sebastian Waśkiewicz, a ja pobiegłem za nim. Nie spoglądałem na tempo, po prostu siedziałem Sebastianowi na plecach i tak nam zleciał pierwszy (3’34”), drugi (3’35”), trzeci (3’37”) i większość czwartego (3’31”) kilometra. Biegło się całkiem nieźle (przynajmniej taka była moja perspektywa jako tego, który nie przyjmuje na siebie oporu powietrza), więc wybiegając z „małego” stawku wyprzedziłem Sebastiana i pobiegłem do mety. Słyszałem jednak za sobą jego oddech i kroki, dlatego nie zwalniałem.

Gdy tylko myślałem o tym, żeby może delikatnie zwolnić, to wewnętrzny głos mi podpowiadał: – Tomek Bagiński by nie odpuścił. Na jakieś wielkie przyspieszenie nie było mnie stać, więc pilnowałem tego, żeby się nie ugotować i żeby być w stanie na ostatniej prostej mieć z czego jeszcze przyładować, chociaż to nie było potrzebne. Cholernie się zdziwiłem, gdy Tobiasz mi powiedział, że stoper zatrzymał po 17 minutach i 31 sekundach. Dłuższą chwilę poświęciłem na złapanie oddechu… Ale byłem zadowolony, bardzo.

Potem grzecznie poczekałem na większość uczestników biegu. Tomek Kaszkur pod nieobecność mojej żony postanowił mi zrobić kilka zdjęć, ale nie chciał ze mną zrobić jeszcze jednego kółka, więc zrobiłem je sam. Prawie. Przez ostatnie 400 metrów towarzyszyłem Zosi, która powiedziała, że nikt jej nie zmusza do biegania parkruna. Potem pobiegłem do domu, dodając kolejne trzy kilometry.

Miesiąc zakończyłem zwycięstwem, rewelacyjnym czasem i z 277 kilometrami na liczniku 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.