Parkrun Gdańsk-Południe #53, czyli 18 kilometrów sensownego biegu

Już wczoraj sobie wymyśliłem, że sam parkrun, to za mało. Szukałem partnera do biegania już od 8:00. Nie znalazł się nikt chętny, więc sam kręciłem kółka wokół tego nieszczęśliwego zbiornika, na którym ostatnio w tajemniczy sposób zniknęły mój bidon i koszulka.

Wyszedłem z domu o 7:50, zacząłem od dwukilometrowej rozgrzewki i dokładnie dziesięć minut później byłem na miejscu startu młodszej z edycji gdańskiego parkrunu. Dokładnie schowałem bidon i ruszyłem. Plan był taki, żeby się trochę zmęczyć i zrobić dziesięć kilometrów biegu ciągłego. Zacząłem od tysiączka w 4:32, a potem było tylko szybciej i szybciej. Pierwsza piątka w 22:07, średnie tętno około 160 uderzeń serca na minutę. Kolejna piątka jeszcze szybciej – 20:38, tętno podskoczyło o kolejne dziesięć uderzeń. W sumie dyszka w 42 minuty i 45 sekund, a ostatni tysiąc metrów poniżej czterech minut. Skończyłem około piętnaście minut przed startem. Byłem już całkiem zmęczony, ale nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy, żeby zawinąć się do domu. Chciałem się jeszcze sponiewierać! Liczyłem, że uda mi się zakręcić koło 18 minut.

Z bagażem dwunastu kilometrów ustawiłem się na starcie, w pierwszej linii, chwilę porozmawiałem z przyszłym zwycięzcą, Piotrem. I wyszło, że jestem stary. Piotr, młody, kulturalny, ba, jeszcze nieletni człowiek, po moim pytaniu o to, w jaki czas celuje zapytał: – A pan? Kurtyna. No nie mogłem tego tak zostawić ;- ) Więc jak idiota pobiegłem za tym szybkim młodzieńcem, a po 500 metrach miałem dosyć. Pierwszy kilometr 3:26. A mi się przypomniało, że hola, hola, ale już dzisiaj się delikatnie przetarłem i jak pobiegnę jeszcze dwa tysiące metrów w takim tempie, to do mety dotrę spacerem. Zwolniłem, po trzech kilometrach wylądowałem na trzecim miejscu i tak już zostało. Wynik – 18:29. Średnie tempo – 3:43 min/km. Może gdybym zaczął wolniej, to bym skończył szybciej, ale z drugiej strony też „ładnie” się holowałem przez kilkaset metrów na plecach Darka, który mnie wyprzedził, więc się wszystko wyrównało.

Żeby nie było, że wynik jest dla mnie rozczarowaniem dodam, że ostatnio szybciej pobiegłem w październiku 2016 (ale od tego czasu startowałem ledwie trzy razy), a niemal dokładnie rok temu (06.08.2016) byłem ledwie dziesięć sekund szybszy. A z tego co pamiętam, to biegłem na „świeżości”.

Do domu wróciłem truchtem, w sumie zrobiłem 18,5 km, najwięcej od czterech miesięcy.

Last but not least. Serdecznie pozdrawiam pana kolegę po blogerskim fachu – Tomasza Kaszkura (Run Around The Lake), który poza tym, że dzisiaj robił zdjęcia (klik, klik), to nie dość, że sam mi kibicował, to na dodatek zorganizował mi doping w postaci dwóch młodych, jeszcze młodszych od pana Piotra, ludzi, czyli Kreski i Karola. Dziękuję młodzieży! Kamilowi nie dziękuję (ale pozdrawiam!), bo mi chyba nie kibicował, ale czego się spodziewać po nauczycielu fizyki? ;- )

Tobiasz, Paweł, Robert i cała reszta – miło było spotkać ;- )

2 Comments

  1. Tomek pisze:

    Niewiele brakowało abym przyjechał pobiegać z Tobą, ale czasem już tak jest że łóżko ma większą niż zwykle siłę przyciągania. Ostatecznie też zaliczyłem dziś około 18 km (Parkrun ponad 22 minuty, prolog i start w Dominiku). Pozdrawiam 🙂

  2. Adam pisze:

    Tomek, może i dobrze, że wybrałeś lekki rozruch na Parkrunie i mocny start w Dominiku, widziałem wynik – rewelacyjne średnio tempo! Gdybyś ze mną pohasał, to mogłoby Ci brakować świeżości, bo jeśli sam byłem w stanie się zmobilizować do takiego biegu, to mając koło siebie takiego „konia” jak Ty, to pewnie jeszcze bym chciał dokręcić śrubę ; ) Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.