Parkrun Gdańsk-Południe #55, czyli forma jest, ale do ciasta

Z relacją z sobotniego parkruna spóźniłem się, jak Liverpool na finał Champions League 2005. Z tym że „The Reds” ostatecznie okazali się w Stambule lepsi, a mi pozostało drugie miejsce (to cieszy), ale z czasem dużo poniżej oczekiwań.

Decyzję o starcie podjąłem w sobotni poranek. W czwartek miałem w planach sześć kilometrów biegu ciągłego w tempie 3:55 – 4:00. Nie czułem się na siłach i zamiast tego zrobiłem 6×300 metrów pod moje ulubione wzniesienie, to jest pod ulicę Havla. Udało mi się utrzymać średnie tempo poniżej czterech minut na kilometr, co, po mocnym treningu dwa dni wcześniej, cieszyło jeszcze bardziej. Parkrun miał być dla mnie trzecim akcentem w tygodniu, tym najbardziej wartościowym.

Sił mi starczyło na dwa kilometry. Pierwszy, gdzie jeszcze dotrzymywałem kroku późniejszemu zwycięzcy, Tomkowi Bagińskiemu. I ostatni, gdy naprawdę już resztkami sił uciekałem przed goniącym mnie zawodnikiem. Środkowe trzy, choć pokonane poniżej 4:00, to jednak daleko od poziomu, który mnie interesuje. Pierwszy raz na trasie parkruna zegarek pokazał mi więcej niż pięć kilometrów, więc średnie tempo według wskazań V800 wyniosło 3:45 min/km. Jak na trening wynik bardzo, bardzo dobry, ale jak na zawody to jednak trochę za mało.

18:52 nie wygląda źle, ale jeśli patrząc na moje dotychczasowe poczynania na parkrunie to tylko dwa razy było gorzej. I z takim wynikiem ciężko marzyć o rezultacie poniżej 37 minut na 10 km. Ale czasami, żeby zrobić dwa kroki w przód, najpierw trzeba zrobić krok do tyłu. Może teraz czas na mój krok do przodu, a najlepiej skok. Nie ma co się martwić. W zasadzie nie pamiętam tygodnia bez mocniejszej jednostki (a często dwóch lub trzech), więc kilka dni taperingu przed zawodami powinno dać mi świeżość, której teraz ewidentnie mi brakuje.

Chciałbym nawiązać do relacji Tomka, którą przeczytałem jeszcze w sobotę, ale nic nie przychodzi mi do głowy, więc po prostu odeślę Was na Run Around The Lake i relację z parkruna szanownego autora. Chociaż dużo bardziej polecam tę z Chudego Wawrzyńca, a już najbardziej to zachęcam Was do przeczytania prawdziwej historii Łemkowyna Ultra Trail 2016.

Foto główne: Paweł Marcinko / runsofun.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.