Parkrun Gdańsk-Południe #93, czyli co ja robię tu?

Na parkrun trafiłem za sprawą… zwycięzcy maratonu bostońskiego, który niemal każdy weekend spędza na zawodach, a to tylko dlatego, że na treningu nie byłby w stanie zmusić się do tak dużego wysiłku. Tak więc Yuki Kawauchi zachęcił mnie do pomaratońskiego przełamania, wrzucenia wyższego biegu i sprawdzenia swojej dyspozycji.

Po cichu miałem nadzieję, że dam radę pobiec szybciej, niż w swoim najlepszym parkrunowym czasie (17:46). Zacząłem od kilometra w 3’30”, kolejny poleciałem cztery sekundy wolniej, ale na trzecim skończyło się harcowanie i wyszło „tylko” 3’45”. Zwycięzca, Darek Kokociński, zwiększał swoją przewagę, a ja czułem brak pary… w rękach, które zamiast pomagać i ciągnąć mnie do przodu były dziwnie ociężałe. Na kolejny kilometrze przyspieszyłem (3’41”). Daleko przed sobą miałem zwycięzcę, nikt mnie nie gonił, ale mimo wszystko zmusiłem się do jeszcze większego wysiłku i finalnie najszybszy był właśnie ten ostatni tysiąc metrów – 3’28”. W sumie dokładnie osiemnaście minut i jedna sekunda, najlepszy mój wynik od października 2016 i to mimo iż po drodze udało mi się trzy razy parkrun Gdańsk-Południe wygrać.

Jak na dwa tygodnie po maratonie to wynik jest całkiem, całkiem. Nogi były lekkie, mimo iż w tygodniu miałem jeden mocniejszy akcent. Widać jednak u mnie braki szybkościowe, bo wytrzymałość jest na bardzo dobrym poziomie. Jest to dość dobra pozycja wyjściowa przed sezonem wiosenno-letnim, gdzie pewnie kilka razy stanę na starcie z myślą o dobrym wyniku.

Wracając do tytułu tekstu. Mimo iż na start parkrun Gdańsk-Południe mam raptem dwa kilometry, to moje pojawienie się w okolicach startu często wywołuje zdziwienie wśród znajomych biegaczy. Z jednej strony nie jest to zaskakujące, bo przecież przez te 93 tygodnie pojawiłem się na starcie tylko dwanaście razy. Pewnie podczas podobnej ilości biegów realizowałem trening i tylko „przeszkadzałem” parkrunerom. Więc i tym razem musiałem „się wytłumaczyć”, że dzisiaj faktycznie biegnę.

Jako, że zabrakło głównego kronikarza „naszej” lokalizacji, który postanowił zbojkotować moją obecność i pojawił się na starcie w Kutnie, to garść statystyk: na starcie pojawiły się 73 osoby, pięciu debiutantów w lokalizacji i dwóch debiutantów absolutnych, a aż 24 uczestników może cieszyć się dopiskiem „New PB” przy swoim nazwisku.

Foto główne: Biegam bo warto.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.