Po co?

Wielu z Was pisało i mówiło, że straciło motywację i nie wie co dalej, a jak zaglądam na endomondo to wszyscy biegają i mam wrażenie, że jeszcze więcej, niż wcześniej. Prawda to czy nie prawda? Motywacja jest, czy jej nie ma?

Ja tak naprawdę na jeden tydzień (poprzedni) lekko zaciągnąłem hamulec, a teraz mam zamiar korzystać z „odzyskanego” czasu. Dojazd do pracy w jedną stronę trwa u mnie od 45 minut do godziny, więc mogę powiedzieć, że zyskałem prawie dwie godziny w ciągu doby. W końcu mogę odespać! I kiedy mogę to śpię. I nie przejmuję się, że mi „ucieknie” doba. Psychicznie właśnie tego potrzebowałem, bo mam wrażenie, że w ostatnich latach często się borykałem się przed strachem przed uciekającym dniem. Druga sprawa, mogę sobie pozwolić codziennie na długi spacer z psem (czasami jednak wyręcza mnie żona, czasami idziemy we dwójkę, czyli we trójkę). No i z biegowej perspektywy – mogę więcej biegać. Ba, mam wrażenie, że nawet muszę, bo nie idę na tramwaj, nie idę do pracy, w zasadzie to mógłbym dzień zamknąć w dwóch tysiącach kroków. Ach, nie napisałem, siedzę w domu i pracuję zdalnie, a to daje możliwość podjadania, hehe. Bronię się więc przed dodatkowymi kiloramami spacerami z psem, bieganiem i treningiem siłowym (do posiadanego sprzętu dokupiliśmy taśmy oporowe).

W ramach testów cały tydzień spędziłem z Garminem na ręce, więc jutro spojrzę, ile zrobiłem kroków pracując zdalnie, a ile w ostatnich tygodniach robiłem jeżdżąc do pracy. Wydaję mi się, że nie będzie tak źle i wyrobię „swoją” normę tych 20 tysięcy kroków dziennie.

Nim przejdę do tytułowego pytania, podrzucę jeszcze statystyki z tego tygodnia: dorzuciłem szósty trening biegowy i wyszło 87,39 kilometrów (najwięcej w tym roku), w tym dyszka w 37:05  i trzy razy 40 minut treningu siłowego.

A po co… wciąż biegam?

1) Bo lubię. Teraz to nawet lubię jeszcze bardziej, bo nikt nie pyta „A gdzie teraz biegniesz?”, „Jaki czas planujesz?”, „Atakujesz 36 minut?”, „Biegniesz w maratonie?”. Nie muszę mieć planu na kolejne starty, żeby trenować. Wyjdzie zaraz, że robię to sam dla siebie i w ogóle nie zależy mi na wynikach…, ale nie do końca tak jest, trochę tak, trochę nie – temat na osobny wpis. Chociaż nawet ostatnio się zastanawiałem, czy byłbym w stanie trenować cały rok i nie wystartować w żadnym biegu… Jak myślicie? Możliwe?

2) Bo mogę. Póki co. I niech tak zostanie…

3) Może to głupio zabrzmi, ale mam wrażenie, że to ostatni punkt styczny nowego i starego życia. Oczywiście jest jeszcze życie rodzinne, jest praca (choć zdalna), ale wszystko jest wywrócone do góry nogami. A bieganie jakim było, takim pozostało. Nie zmieniło się nic (poza tym, że nie można się umówić na fartlek, czy dłuższe wybieganie z ekipą). Jak chcę to mogę sobie przebiec półmaraton, mogę iść do lasu, mogę spiąć tyłek, zrobić dyszkę i prawie wypluć płuca, a innym razem mogę sobie zaaplikować interwały. Mogę wszystko. I to jest jedyne nad czym mam kontrolę, gdzie mogę podjąć standardowe, rutynowe działania.

*

Plan na najbliższy tydzień: 90 kilometrów, 140 tysięcy kroków, 3 treningi siłowe, wstępna recenzja Hoka One One Speedgoat 4 GTX.

Zdrówka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.