Półmaraton Karkonoski 2019 – relacja

Jestem w Gdańsku, mam dostęp do komputera, więc mogę biegowe wspomnienia z półmaratonu Karkonoskiego przenieść na bloga i z przyjemnością to robię. W skrócie: Karkonosze są fajne, półmaraton Karkonoski jest fajny i bieganie w górach też jest fajne.

W Karpaczu zameldowaliśmy się w piątek i żeby się nieco rozruszać po kilkugodzinnej podróży poszliśmy na Samotnię – piętnastokilometrowy spacer dobrze nam zrobił. Chwilę pooddychaliśmy górskim powietrzem i złapaliśmy luz. W sobotę musieliśmy pojechać wcześniej do Szklarskiej Poręby, żeby spokojnie odebrać pakiety startowe, więc w gotowości byliśmy na dobrą godzinę przed biegiem. Cały dzień już się jednak nastawiałem na bieg śledząc wyniki mistrzostw Polski rozgrywanych na dystansie ultra – najbardziej trzymałem kciuki za Andrzeja Witka (Maraton w 140 minut), który momentami prowadził i finalnie skończył rywalizację na czwartym miejscu. Także obserwowałem jak sobie radzą Ola Grabias i Tomasz Korpalski i zastanawiałem się, czy przed startem uda się wymienić chociaż kilka słów.

Złapaliśmy się z Tomkiem, który powiedział: – Spokojnie, do czwartego kilometra można biec. Potem będzie wspinaczka, a jak już zaczną się zbiegi, to puśćcie nogi i jedziecie na maksa. Jako, że znam Tomka i wiem, że jest przekotem, ale też trzeźwo i spokojnie podchodzi do tematu, to nie miałem obaw, że wypuszcza nas w maliny. Zatem plan był prosty: cztery kilometry biegnę, potem idę i podbiegam na zmianę, a na koniec zamykam oczy i ogień.

Na starcie byłem lekko zagubiony. Nie było Tomka Bagińskiego, czy Łukasza Stacherskiego, więc nie miałem za kim się zaczepić i kontrolować tempa na pierwszych kilometrach. Nie miałem z kim pośmieszkować, więc skupiłem się na czekającym mnie wyzwaniu. Na wystrzał startera ruszyła maszyna. Niektórzy z takim animuszem, jakbyśmy mieli do pokonania 500 metrów. Mniej więcej po trzech minutach biegu znalazłem się w okolicy dwudziestego miejsca (po prostu policzyłem sobie wszystkich zawodników przed sobą), co dawało mi komfort psychiczny. Biegłem przez 3 500 metrów, które pokonałem w tempie 5:16 min/km i zaliczyłem na nich 220 metrów wzniesienia (z 950 na całości trasy). Przede mną było kolejne 3 500 metrów do najwyższego wzniesienia na trasie. Można powiedzieć, że zaczęły się schody. Kilku zawodników wyprzedziłem, kilku wyprzedziło mnie, więc przestałem się orientować, na której pozycji jestem. Kilka metrów szedłem, kilka podbiegałem. Jak udało się pod kogoś podpiąć, to było łatwiej. Mega wrażenie zrobiła na mnie zwyciężczyni rywalizacji kobiet – Karolina Obstój – która spokojnie, swoim tempem cały czas napierała pod górę. W końcu po pięćdziesięciu minutach i pokonaniu siedmiu kilometrów zameldowałem się na szczycie.

Zaczynał się pierwszy zbieg. Od razu włączyłem turbo i opuściłem trzyosobową grupę, która mi towarzyszyła. Nim dotarłem na Halę Szrenicką minąłem jeszcze dwie osoby. Zaczynałem „czuć” ten bieg i miałem fajne flow. Od tego momentu z każdą chwilą było mi lepiej. Nawet nawrotka i kolejny, krótki, ale intensywny podbieg nie wytrącił mnie z rytmu. Akurat przed podbiegiem znajdowała się mata do pomiaru czasu i w tym momencie byłem na 17. miejscu. Czułem się jednak wyśmienicie i choć przede mną był tylko zbieg, to miałem przeczucie, że ściganie tak naprawdę dopiero się zaczyna!

Fot. Michał Złotowski.

Fot. Michał Złotowski.

Uważałem, że nie potrafię zbiegać. W sumie to wciąż tak uważam, ale na tym biegu leciałem w dół jak w transie. Gdy tylko ujrzałem przed sobą rywala z trasy, to instynktownie chciałem go dopaść i od razu wyprzedzić. Do kolejnego miejsca pomiaru (16 kilometr) wyprzedziłem dwie osoby, a kolejne trzy na ostatnich czterech kilometrach. Zbiegałem w tempie 3:20 min/km, a ostatni kilometr wyszedł nawet w 3:10! Gdyby do mety było 200 metrów więcej, to jestem niemal na 100% pewien, że skończyłbym rywalizację w TOP10, ale gdy już widziałem, że nie mam szans na awans, to odpuściłem i z radością wbiegłem na metę.

Podskoczyłem do auta, przebrałem koszulkę i poczekałem na metę na Agnieszkę, która finalnie ukończyła rywalizację na 13. miejscu wśród kobiet (90. miejsce na 448 sklasyfikowanych zawodników). I chyba nawet była zmęczona. Na pewno bardziej niż po ostatnim TriCity Trailu, bo tam podobno na mecie wyglądała jakby się wybrała na dłuższy spacer.

Fot. Michał Złotowski.

Ach, i PRAWIE stanąłem na podium w kategorii wiekowej. Byłem czwarty. Jacek Sobas i Pavel Brdyl byli najlepsi w całym biegu, więc myślałem, że czeka na mnie drugie miejsce…, ale w biurze zawodów dowiedziałem się, że miejsca się dublują, więc Jacek i Pavel staną na podium zarówno w M30, jak i w klasyfikacji generalnej. Szkoda. To byłaby dopiero historia, gdybym wrócił z pucharem do domu :- )

Zniszczyłem trzy palce – dwa duże paluchy od przodu i palec długi z góry. Piekło, szczypało, ale przez cały tydzień dzielnie przemierzałem kilometry. Problemem było jednak założenie butów trekkingowych, więc z przyjemnością korzystałem z trailówek Salomona. I tak było warto. Powtórzyłbym to!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.