PZU Gdynia Półmaraton – relacja

Gdy przed startem podchodzi do Ciebie reporter TVN24 i w chwili ekscytacji mówisz, że planujesz zejść poniżej godziny i dwudziestu pięciu minut, to musisz to zrobić. I choćbyś na trasie miał zostawić za sobą smugę krwi i potu, to naprawdę musisz.

5:30, bang, otworzyłem oczy. Tak po prostu. Budzik miał zadzwonić o 6:00, ale widocznie mój organizm postanowił zrobić mi psikusa i pozwolić naładować się pozytywną energią oglądając HMŚ w lekkoatletyce. Super, tylko że te pół godziny wypoczynku naprawdę mogły mi się przydać, dlatego postanowiłem nie wychodzić z łóżka i podnieść się zgodnie z planem o 6:00, a pięć minut później wyjść z psem na pobudzający spacer.

Kolejna niespodzianka – 6:45 dzwoni tata mówi: – Wiem, że mieliśmy być o 8:00, ale będziemy koło 7:30. Pięknie, ale cóż, głupio byłoby się spóźnić na pierwsze w życiu zawody, więc doskonale rozumiem całą sytuację związaną z debiutem. Dobrze, że już cały osprzęt przygotowałem dzień wcześniej i wystarczyło wszystko wrzucić do torby, zajadając się śniadaniem biegacza – bułką z nutellą i masłem orzechowym domowej roboty (sorry, owsianko, nie tym razem!).

Następne minuty mijają szybko, tuż przy starcie w budynku multikna przebieramy się. Na zewnątrz temperatura w okolicy pięciu stopni, ale mimo wszystko decydujmy się na odzieżowy minimalizm, więc szkoda marznąć. Jak najszybciej zostawiamy rzeczy w depozycie, kilka przebieżek i okazuje się, że do startu pozostało 15 minut. Piąteczka na szczęście i uciekam do wyznaczonej strefy. Tam jeszcze chwilę dla fotoreporterów (dziękuję raz jeszcze Artur za zdjęcia), reporterów (nie wiem, co powiedziałem dziennikarzowi TVN-u, że nie zdecydowali się na emisję, może jednak zrozumieli, że moja koszulka to nie wyraz poparcia dla KOD-u?) i zaczynamy odliczanie – 10, 9, 8… START!

PółmaratonGdynia1

Fot. Artur Ceyrowski

Bang. Lubię ten moment, serce przyspiesza, tłum rusza i całe zdenerwowanie, które odczuwałeś przed startem nagle gdzieś ulatuje. Biegniesz, a po dwustu metrach patrzysz na zegarek i okazuje się, że lecisz 3:30 min/km. Wtedy następuje moment opamiętania i odpowiednie dopasowanie tempa do dystansu. Przed biegami dłuższymi niż dziesięć kilometrów nie robię wielkiej rozgrzewki, bo naprawdę w trakcie wyścigu jest na to czas. Teraz było tak samo. Wiedziałem, że pierwsze 5-6 kilometrów jest delikatnie pod górę i lepiej spokojnie się dogrzać na trasie, niż spalić się przed startem. Po pierwszym, górskim odcinku utworzyła się grupa dziesięciu, może piętnastu osób. Dosyć żwawym tempem pokonywaliśmy kolejne kilometry – na dziesiątym TomTom pokazał 39 minut. I nagle okazało się, że z naszej grupy nie zostało nic. Ktoś odskoczył do przodu, ktoś został z tyłu – i pewnie gdzieś w środku ja.

Wciąż nie szarżowałem, na 15 km spojrzałem na zegarek – 58:34. Super, jest aż za dobrze, a przede mną jeszcze kilometrowy podbieg na Świętojańską. W głowie same pozytywne myśli i uśmiech na twarzy – będzie dobrze. Zacząłem poważnie myśleć o wyniku poniżej 1:23. Przede mną kilku zawodników, może nie na wyciągnięcie ręki, ale nie na tyle daleko, abym nie myślał o ich dogonieniu. Zaczynamy wspinaczkę! I jest rewelacyjnie, w głowię widzę Rafała Majkę wspinającego się po w białej koszulce w czerwone grochy, to mi dodaje sił.  Doping kibiców robi swoje, oddycham spokojnie, nogi nie bolą. Kilometr w 4:04. Teraz już trzeba walczyć, ostry zbieg z górki i niewiele do mety. Pędzę – 3:49, 3:45, 3:55, 3:42 i ostatnie sto metrów. Jestem! Delikatnie powyżej godziny i dwudziestu dwóch minut! Czekam jeszcze na oficjalny wynik, jest – 1:22:08 i 83. miejsce. Teraz czuję nogi, ale było warto. Cztery minuty lepiej od wyniku z Sopotu!

Ale to nie koniec rywalizacji. Rodzina na trasie. 1:41:46 i 1:48:55! Koniec świata! Zapowiadana była walka o złamanie dwóch godzin, no ewentualnie 1:55, więc nie mam pytań. Jesteście niesamowici! Skąd Wy mieliście tyle sił?!

Teraz, kilkadziesiąt godzin po biegu, mogę sobie powiedzieć: Zrobiłeś wszystko, co mogłeś, a nawet więcej. Zima przepracowana naprawdę mocno, wynik 1:22 jest świetnym prognostykiem przed wiosennym maratonem. O tym, gdzie i dlaczego właśnie tam napiszę w kolejnym wpisie.

Nie będę się wypowiadał o depozycie i kolejce do grawerowania, bo mnie to nie dotyczyło – worek odebrałem bez kolejki, a graweru nie wykupiłem (teraz trochę żałuję). Wiem, że było zimno i do obu punktów kolejki naprawdę spore, ale chyba każdy się tego spodziewał, wiedząc ile ludzi jest na starcie?

Gdańsk, Sopot, Gdynia

Gdańsk, Sopot, Gdynia – trójmiejski trzypak

Pochwalę Gdynię za jeszcze dwie rzeczy:

  • Fenomenalny medal – trzeci świetny medal z półmaratonu. I mam trójmiejskiego półmaratonowego hat-tricka.
  • Plecak techniczny w pakiecie. Świetnie. Koszulek już mam tyle, że nie mam co z nimi robić. A z plecaka na pewno będę korzystał.

Liczę, że organizator wyciągnie wnioski ze wszystkich skarg i w przyszłym roku ta impreza będzie jeszcze lepsza, bo jest potencjał na jeden z najlepszych półmaratonów w kraju.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.