Radunka Run 2019 – relacja

Najtrudniejszy jest początek, czy to tekstu, czy biegu. Tym razem dużo trudniej zacząć mi relację, bo po prostu nie wiem od czego. Może więc zacznę od czegoś nieoczywistego. Po prostu to był bieg, który z jednej strony chciałem bardzo pobiec, a z drugiej okropnie mi się nie chciało – byłem zmęczony, bardzo zmęczony i totalnie zniechęcony.

Ale od początku. Tydzień temu do szpitala trafiła moja babcia. Całe siedem dni mój plan dnia wyglądał tak: praca, szpital, sen. Udało mi się wpleść w to wszystko dwa luźniejsze dni biegowe. Mało spałem, pod względem odżywiania, to był mój najgorszy tydzień w roku, zdarzało się, że jadłem kolację o 22:00, a kilka minut później byłem już w łóżku, byłem po prostu bardzo zmęczony. Dodatkowo ta zmiana czasu…

Z drugiej strony miałem ochotę odciąć się od tego wszystkiego i pobiec. Tak po prostu. Odpocząć psychicznie, bo nie liczyłem na taryfę ulgową pod kątem fizycznym.

W niedzielę rano wciąż mi się nie chciało. Sześć godzin snu. Zmiana czasu. Nic nie wyglądało tak, jak powinno. Jedynym pozytywem było to, że w sobotni wieczór pojechaliśmy po pakiet startowy i przygotowaliśmy sobie startowe odzienie, żeby niczego nie zapomnieć, co mi się nie udało, bo na starcie pojawiłem się w krótkiej koszulce, bez czapki, czy jakiejkolwiek chusty na głowie, czy szyi i bez rękawiczek. A ciepło nie było. Na szczęście z kurtki wyskoczyłem niecałe pięć minut przed startem, więc nie zdążyłem zmarznąć.

Na start podjechaliśmy trzydzieści minut przed biegiem, zrobiłem zdjęcie stadionu w Kolbudach na tle jeziora i powoli zaczynałem myśleć o czekającym mnie wyzwaniu. Ostatnie trzy miesiące poświęciłem przygotowaniom do startu – bieganie, siłownia, dieta. Ale ostatni tydzień przed startem okazał się największym testem siły fizycznej i psychicznej. Nikomu nie chciałem mówić o moich problemach, żeby nie mieć wymówki. Po prostu potrzebowałem wyciszenia.

Wygląda na to, że nie bolało. Fot. Paulina Bartosińska.

Wygląda na to, że nie bolało. Fot. Paulina Bartosińska.

Chwilę przed ósmą staliśmy w pierwszym rzędzie w składzie: Agnieszka (małżonka ma), Andrzej (mój biegowy kompan z podwórka), Damian (pan fizjo, debiutant) i ja. Kilka chwil później zaczęła się zabawa. Do przodu wystrzelił Darek Kokociński i jeszcze jeden kolega. A ja wraz z Damianem, Andrzejem i całą resztą zawodników zacząłem zdecydowanie wolniej. Przed startem się nie rozgrzewałem, więc postanowiłem, że dam sobie chwilę na znalezienie rytmu, a przyspieszać zacznę w dalszej części dystansu.

Po kilkuset metrach jeszcze zrestartowałem mojego Polara, bo miałem ustawionego autolapa na 400 metrów. Nie wyobrażałem sobie biec tak przez niemal 50 kilometrów, więc spokojnie wyłączyłem trening, zmieniłem autolapa na kilometr i odpaliłem raz jeszcze trasę Ultra Radunka. Przyspieszyłem po czterech kilometrach, dość szybko udało się dogonić kolegę, który ruszył na starcie z Darkiem, więc wiedziałem, że biegnę na drugim miejscu i żeby to zmienić mam co najmniej trzy godziny.

Szok? Niedowierzanie? Radość? Fot. Sebastian Miotk.

Z Darkiem zmienialiśmy się na prowadzeniu dwa razy. Jeszcze przed pierwszym punktem odżywczym udało mi się go dogonić, przegonić i odskoczyć na kilka metrów. Darek zrewanżował się tym samym na około 17. kilometrze, na zbiegu. I powiem Wam szczerze, że nie widziałem nikogo, kto zbiega tak pięknie jak Darek, naprawdę cudownie, w tym swoim galopie zdążył mi rzucić: – Pewnie niebawem mnie dogonisz na podbiegu. Tymczasem ja po prostu się zatrzymałem. Musiałem siku. Nawet nie zszedłem z trasy. Stanąłem bliżej jednej krawędzi i widziałem, jak ucieka mi czas. Nie wiem, ile to trwało, ale miałem wrażenie, że całą wieczność. Mimo wszystko nie panikowałem i jak już wróciłem do biegu, to nie goniłem za wszelką cenę. Wiedziałem, że mam czas i przed sobą jeszcze trzydzieści kilometrów.

Na drugi punkt odżywczy przybiegłem kilka sekund za Darkiem, ale szybciej się na nim ogarnąłem i wybiegłem pierwszy. Po kilku chwilach znalazłem się na otwartej przestrzeni i miałem wrażenie, że hulający wiatr mnie zatrzymuje. Obejrzałem się, zobaczyłem, że nikogo za mną nie ma i to dodało mi animuszu. Biegło mi się dobrze, momentami bardzo dobrze. Nie przeszkadzał mi wiatr, nie cisnął mnie pęcherz, zmartwienia uleciały – powoli zaczynałem wierzyć w to, że uda mi się dowieźć wygraną do końca.

Minutę po przybyciu na metę z organizatorkami całego zamieszania - Martyną, Joanną i Olgą.

Minutę po przybyciu na metę z organizatorkami całego zamieszania – Martyną, Joanną i Olgą.

Na trzecim i czwartym punkcie odżywczym byłem sam. Nie wiedziałem jaką mam przewagę nad kolejnym zawodnikiem. Jedynie Martyna odpowiedzialna za oznaczenie trasy powiedziała mi, że mam minutę przewagi (chyba mnie oszukała, ale nie mam jej tego za złe). To było mniej więcej na sześć kilometrów przed metą (tak mi się wydaję, bo przeliczałem sobie, że drugi zawodnik musi przebiec każdy kilometr 10 sekund szybciej ode mnie). Spiąłem się, przyspieszyłem, ale czułem, że to już nie to samo. Miałem jednak szczęście, bo ostatnie dwa kilometry przebiegłem razem z zawodnikami z krótszej trasy, a gdy ich wyprzedzałem wiedziałem, że wygram!

Na mecie nie potrafiłem się nawet cieszyć. Byłem w szoku. I bardzo szczęśliwy. To mój trzeci start ultra. Po trzecim miejscu w Garminie myślałem, że będę długo czekał na taki kolejny sukces. Ale wygrałem. Skończyłem z czasem 3:49:24 (średnia 4’42”) i okazało się, że miałem prawie dziesięć minut przewagi nad drugim zawodnikiem, Tomkiem Adamczykiem. Darek Kokociński na metę wpadł trzeci. To była świetna przygoda, świetna rywalizacja. Miałem ekstra dzień i potrafiłem to wykorzystać.

Niedługo później przybiegli Damian i Andrzej, odpowiednio na 14. i 15. miejscu. Agnieszka w porównaniu do Garmina poprawiła się o ponad godzinę, zajęła 27. miejsce z czasem 4:49:30, co dało jej szóste miejsce w klasyfikacji kobiet i  drugie miejsce w kategorii wiekowej (znowu podium!). Mega!

Żona na podium! Fot. Sebastian Miotk.

Żona na podium! Fot. Sebastian Miotk.


Jeszcze kilka słów komentarza:

  • oznaczenie trasy – 10/10. Nie sądzę, żeby ktoś się zgubił : )
  • trudność trasy – 9/10. Liczyłem na więcej górek, a była po prostu cała masa biegania i to szybkiego biegania. I dało się to odczuć na końcówce.
  • izotonik – 2/10. Jakby nie był zimny, to byłoby 1, bo smakował jak woda z płynem do mycia naczyń.
  • piwo – 10/10. Twardy Biegacz wyborny!
  • wiatr – 11/10. Momentami stałem w miejscu.
  • atmosfera – 10/10. Na starcie, na mecie, na punktach.

Żałuję jedynie, że na podium nie czekały żadne statuetki. Mały koszt, ogromna radość dla wszystkich. A jeszcze jak się wygrywa pierwsze zawody w życiu, to już w ogóle jest spory niedosyt. Zostają mi wspomnienia i trzysta złotych, które wygrałem : )


Tuż po tym biegu zrozumiałem, ilu fantastycznych ludzi mam wokół siebie. Dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.