Teren budowy

Miało być sześć treningów biegowych i osiemdziesiąt kilometrów na liczniku. Udało się zrealizować drugą część planu. Jedno bieganie mi „uciekło”, bo wpadła niespodziewana robota i nie było sensu za wszelką cenę cisnąć, chociaż to właśnie na piątkową poniewierkę szykowałem się najbardziej. Wolny dzień od korpopracy planowałem przeznaczyć na mocną jednostkę i regeneracyjną drzemkę (a jak!). Nie zdążyłem zająć się ani jednym, ani drugim, a na koniec dnia i tak ledwo widziałem na oczy.

Ale z przyjemnością zasiadłem przez telewizorem szykując się na piłkarską ucztę i… się nie zawiodłem. Trzymałem kciuki za pana Roberta i Bayern i skończyło się potężnym laniem dupska. Ostatnio takie baty widziałem przy okazji spotkania Niemców z Brazylią na mundialu w 2014 roku. Pan Muller wydaje się być specjalistą od sprowadzania na ziemię piłkarskich bogów. Oby w kolejnych (i oby w dwóch) meczach Bayern utrzymał koncentrację i sięgnął po tytuł najlepszej drużyny w Europie.

Takim oto luźnym wstępem zapraszam na treningowe podsumowanie tygodnia.

We wtorek się zdziwiłem. Okazało się, że jedna z pętli gdańskiego Iten jest „średnio” dostępna dla biegaczy i musiałem nieco pokombinować. Znalazłem zastępcze kółko, które składało się z długiego podbiegu i bardzo sympatycznego zbiegu (pewnie na obu odcinkach koronę na Stravie dzierży pan Bagiński) – więc było mocno pod górę, na płaskim luz i znowu gaz w dół. Potem wpadłem na ten dostępny dla śmiertelników zbiornik i dokręciłem do trzynastu kilometrów. I fajnie. Średnie tempo 4:20 min/km, średnie tętno 148 bpm. Udany początek tygodnia!

W środę pobiegliśmy z Agnieszką najpierw nad zbiornik Świętokrzyska II, potem zahaczyliśmy o park Oruński i mieliśmy na liczniku dyszkę po 5:04 min/km. Kolejne cztery kilometry zrobiliśmy na totalnym luzie, więc prostym działaniem matematycznym możecie policzyć, ile tych kilometrów w sumie wpadło.

W czwartek miała być aktywna regeneracja przed piątkową poniewierką. I tak, regeneracja była (11 kilometrów, 5:24 min/km), ale, jak już mogliście wcześniej przeczytać, poniewierki już nie.

Trzeba było więc „nadrobić” w sobotę. Bardzo słoneczną i bardzo upalną sobotę. Szczególnie jak się wychodzi „dopiero” chwilę po dziewiątej z domu. Na szczęście kilka kilometrów udało się zrobić w lesie, gdzie ten upał aż tak nie przeszkadzał. Nogi były ciężkie, ale z każdym krokiem pojawiało się więcej luzu. W ten sposób wpadło 27 kilometrów. Mała dygresja: syf w lesie jest przerażający. Ludzie to świnie. Co kilkadziesiąt metrów butelka po piwie, opakowanie po chipsach, siatka foliowa itp. Nie mam nic przeciwko piwku na świeżym powietrzu, szczególnie w tak ciepłe dni, ale niektórym przydałoby się nieco rozumu i godności. Ręce opadają.

Tydzień zakończyłem mocnym treningiem. Jak spojrzycie na endo, to niby nic nadzwyczajnego, bo prawie piętnaście kilometrów ze średnią 4:37 min/km, ale tam się ukrywa ósemka pokonana po 4:05. Też niby nic wielkiego, ale muszę przyznać, że czułem w kościach jeszcze sobotnie wybieganie.

Tydzień skończyłem z 80,05 km na liczniku. Wiedziałem, ile muszę przebiec w niedzielę, żeby było git ;- )

Zdrówka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.