Trening na przełamanie, czyli 10×1000 metrów

Nie rozumiem swojego organizmu. Przynajmniej podczas biegania. Na ostatnich dwóch biegach – Westerplatte i Czyste Miasto Gdańsk – liczyłem, że będę w stanie w drugiej części dystansu przyspieszyć i powalczyć odpowiednio o nowy rekord życiowy i chociaż czwarte miejsce w klasyfikacji open. Ale nie udało mi się ani jedno, ani drugie.

Może to ma związek z jakąś presją, którą sam na siebie nakładam, chociaż to brzmi śmiesznie, bo nie jest to dla mnie być, albo nie być, lecz kolejny bieg, o którym nikt nie będzie za dwa dni pamiętał (przynajmniej o moim występie, no i poza mną). Więc raczej nie ma to z tym związku. Myślałem dużo o tych startach, szukając gdzieś przyczyn mojej „słabszej” dyspozycji. Fizycznie byłem przygotowany dobrze (na Westerplatte na pewno lepiej niż przed rokiem) – udało mi się wykręcić piątkę w 17:46 min (średnie tempo 3:33 min/km). Psychicznie również, więc coś innego musiało zawieść. Myślałem, myślałem i wydumałem, że może to mieć związek z mniejszym spożyciem węglowodanów. W ostatnim czasie nie przypominam sobie, abym ładował się ryżem, czy makaronem, a zdecydowanie w mojej diecie dominowały warzywa, ryby i czekolada. Kurde, jak niewiele mi trzeba, żeby wyzbyć się chęci na cokolwiek, to czekolada powoduje, że dostaje głupawki i jest najlepsza, na wszystko, zawsze i wszędzie. Nie żeby mnie to specjalnie martwiło, bo technicznie rzecz biorąc to warzywo, ale jednak mógłbym delikatnie z tym przyhamować. Mniejsze spożycie węgli ma oczywiście swoje plusy, bo po raz pierwszy od dziesięciu lat waga pokazuje 76 kilogramów, ale podczas biegania powoduje spustoszenie w organizmie.

I gdy już niemal pogrzebałem swoje plany na rekord życiowy podczas gdańskiego półmaratonu, to przychodzi taki trening jak dzisiaj. Gdy tak naprawdę nie miałem specjalnie dużo sił, ale założyłem sobie, że w końcu zrobię 20 kilometrów i już. Żeby przyjemniej mi się biegło i żeby poza dystansem zrobić jeszcze „coś ekstra” wymyśliłem, że będzie to trening 10 x 1000 metrów (z 500 m. przerwą). Nigdy takiej ilości kilometrowych odcinków jeszcze nie robiłem, więc liczyłem, że uda mi się utrzymać średnie tempo poniżej 4:00 min/km, a super wynikiem byłoby już poniżej 3:55. No i jak już ruszyłem, to nie mogłem się zatrzymać! Z każdym kolejnym odcinkiem biegło mi się lepiej i wyszło naprawdę rewelacyjnie: 3:51, 3:48, 3:46, 3:45, 3:43, 3:45, 3:46, 3:41, 3:41 i 3:37! Na dodatek tętno oscylowało cały czas koło 160 uderzeń serca na minutę, co przy 180-190, które miałem ostatnio jest dość szokujące.

Albo mi się wydaję, albo forma przyszła dwa tygodnie za późno i zarazem trzy tygodnie za wcześnie, bo właśnie za 21 dni czeka mnie ostatni tegoroczny start, czyli gdański półmaraton. A może to jest zwiastun zbliżającej się lepszej dyspozycji? Bardzo bym chciał. Tak bardzo jak chciałbym zrozumieć swój organizm.

PS. Wykręciłem w tym tygodniu ponad 70 km. Po raz pierwszy od kwietnia. Ale się obijałem przez ostatnie pół roku ;- )

PS2. Gratuluję mojemu koledze, Piotrowi Adamczykowi, który po raz kolejny okazał się kocurem i w Warszawie piąteczkę machnął w 17:45. Oznacza to tyle, że pobił moją życiówkę o sekundę! Jakby nie mógł tej sekundy dłużej spędzić na trasie… :- )

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.