TriCity Trail 2019 – relacja

Tyle się działo, że kompletnie nie wiem od czego zacząć. Prawdą jest też, że osiem godzin na trasie sprawiło, że tak naprawdę nie pamiętam wszystkiego. Mam jakieś przebłyski z trasy, ale gdybym miał je dokładnie umieścić na osi czasu, to miałbym spory problem. Pamiętam dokładnie, że umówiłem się z Andrzejem o 3:45 (sic!), pamiętam, że wesoło jechaliśmy na start, pamiętam, że skinąłem na przywitanie Karolowi Lipowskiemu, pamiętam każdą z czterech wizyt na punktach odżywczych, trzy telefony, które wykonałem na trasie i metę. Cała reszta, to zlane w jedną całość wspomnienie.

Żona.

Żeby jednak było sprawiedliwie (i żebym nie zapomniał), to zacznę od mojej żony. Dzień po biegu doszedłem do wniosku, że w tym całym bieganiu nie są najważniejsze wspólne przygotowania, wizyty na siłowni, kilometry w lesie, ale to zrozumienie dzień po, kiedy nie mogę się schylić, żeby psu wytrzeć nogi po spacerze i zamiast wzroku pełnego pogardy spotykam wzrok pełen zrozumienia i wiem, że ona wie, co w tym momencie czuję. No, ale Agnieszka jest moim bohaterem. Nie tylko w niedzielę, ale zawsze. A w niedzielę byłem mega dumny, meeeega! Nie wiem, czy potrafiłem to oddać, bo po ośmiu godzinach biegu w mózgu miałem galaretę, ale wiem, że ona wie. I chciałem to napisać, żebyście też wiedzieli. Pięć godzin biegu, masa wysiłku i drugie miejsce. Koniec i kropka. Nie wiem, co czuła w trakcie biegu, ale widziałem wczoraj i widzę dzisiaj, że bardzo dużo ją to kosztowało, więc się cieszę, że czekała na nią nagroda. Dzisiaj się z Tomkiem Szczykutowiczem śmiałem, że mam się od kogo uczyć. Prawda.

0 – 19,8 km

Mój bieg mogę podzielić na dwie fazy – jest mi źle (w różnych odmianach: bardzo, umiarkowanie, tylko trochę) i jest mi dobrze.

Zaczęło się od źle. Była 4:30, w lesie pełno błota, a ja stoję na starcie w Solar Boostach, bo sobie wymyśliłem, że będzie sucho i nie będą mi potrzebne buty trailowe. Okazało się, że w życiu się tak nie pomyliłem i było bardzo wesoło. Po płaskim jeszcze jako tako biegłem, ale gdy zaczynały się zbiegi i podbiegi, to byłem ugotowany. Po dziesięciu kilometrach biegu byłem umęczony – ślizgałem się bez względu na to, czy biegłem w górę, czy w dół. Czułem się jak idiota. Pół roku przygotowań, a ja zamiast walczyć o TOP10, to uprawiam łyżwiarstwo figurowe. Nie brzmi to dobrze, prawda?

Fot. Witek Wolański

Fot. Witek Wolański

Jakoś to jednak przeżyłem, a po godzinie biegu skończyły się moje rozmyślania o złym doborze obuwia. Nie miałem wyjścia. Musiałem zaakceptować, że jestem amebą i wziąć się w garść. Po płaskim biegłem w tempie koło 5’15”, w dół w zasadzie nie szybciej, bo bałem się, że zaraz zaliczę glebę, a pod górę szedłem – jak wszyscy. Akurat w tym ostatnim przypadku nie miało znaczenia, że nie miałem trailowych butów, bo i tak szedł.

Do pierwszego punktu dotarłem w stanie – jest mi źle, ale tylko trochę. Napełniłem flaski, zjadłem trochę arbuza i pomarańczę i poleciałem dalej.

19,8 – 37 km

Nie puściłem się od początku w pogoń za największymi dzikami, bo wiedziałem, że tak będzie bezpieczniej, jeśli mam to ukończyć w zdrowiu. 80 kilometrów, to nie jest jednak pięćdziesiąt i jeszcze trzydzieści. To zupełnie coś innego. Do drugiego punktu biegłem w większości sam. Było mi źle, bardzo. 

Na 25. kilometrze zadzwoniłem do Damiana zapytać się, czy już jedzie z Agnieszką na start maratonu. Zapytał się, czy się nudzę. Trochę się nudziłem, ale chciałem być pewien, że ekipa dotrze na start i to mi nieco poprawiło podły nastrój. Zameldowałem, że będę w Chwarznie koło 8:00. Z punktu wybiegałem dwie przed – zatankowany i po małej „szklance” Lecha Free. Miałem dość, przede mną było ponad 45 kilometrów, a czułem się jak gówno.

Zmobilizował mnie Piotrek Pietrzak, który w żołnierskich słowach powiedział, żebym się wziął w garść. Trochę pomogło.

37 – 55,6 km

Stabilnie, czyli wciąż źle. I momentami zimno. Pomyślałem, że jak dobiegnę do trzeciego punktu, to do mety już nie będzie tak dużo. W lesie pojawiać się zaczęły pierwsze jednostki z trasy maratońskiej, więc jak wyprzedzałem, to robiło mi się lepiej. Nie dużo, ale trochę. Wciąż było w górę i w dół. Plusem było to, że buty nie były problemem. Głowa nim była. Walczyłem z jakimiś głupimi myślami o zejściu z trasy. Momentami chciało mi się płakać. Pięć godzin i trzydzieści minut biegu i niemal żadnych pozytywnych momentów (dobra, był wschód słońca, to było miłe).

Żeby nie ekipa z Kaszubskiej Poniewierki, która pomogła mi napełnić flaski, to do dzisiaj stałbym na tym punkcie…

55,6 – 73,6 km

Odmiana o 180 stopni. Coś mi się przełączyło w głowie i zacząłem się cieszyć. Mijałem co raz więcej ludzi z maratonu i zaczynało się robić fajnie. Trochę porozmawiałem z ludźmi i wróciła radość. W końcu biegłem i to naprawdę dobrze. Zadzwoniłem do Andrzeja, który miał kryzys, chwilę pogadaliśmy i mi też to pomogło. Pod górę szło świetnie, zarówno na tych znienawidzonych przeze mnie długich podbiegach, jak i na podejściach. Chyba sam fakt, że do mety zostało mniej czasu, niż już jestem na trasie dodawał mi sił.

Na czwartym punkcie szybko się ogarnąłem, do jednego flaska woda, do drugiego izo, dwa łyki Pepsi i poleciałem dalej, chociaż od ludzi na punkcie usłyszałem, że do kolejnego ultrasa mam koło dziesięciu minut straty.

73,6 – meta.

Było dobrze. Nawet zajebiście. Biegłem i się cieszyłem. Wyprzedzałem kolejnych maratończyków, rozmawiałem z nimi i miałem ekstra biegowe flow. Jak było pod górę to cieszyłem się jeszcze bardziej, bo z każdą chwilą miałem więcej sił. Żałowałem, że zbliża się meta.

Myślę, że na tej euforii mógłbym dobiec do stówki. Naprawdę. Problemem był bieg w dół, ale zaciskałem zęby i po prostu biegłem.

Meta.

Przywitanie miałem świetne, bo kilka minut wcześniej na metę wpadła Agnieszka, a zaraz po niej Radek Dombrowski i Damian Fijołek (albo Damian i Radek – do dzisiaj nie wiadomo, który z nich był pierwszy). Chyba na mnie czekali. Ja w geście triumfu zacisnąłem pięść i poczułem jak ulatują ze mnie wszystkie emocje. Nie wiem, czy bardziej czułem się zmęczony, czy szczęśliwy.

Fot. Tomasz Szwajkowski.

Fot. Tomasz Szwajkowski.

Dopiero kilka minut po biegu zaczęło mnie boleć wszystko. Absolutnie wszystko. Nie wiedziałem, czy siedzieć, czy leżeć i jak to robić, żeby nie bolało. No i doszło do mnie, że Agnieszka zajęła drugie miejsce. A jak już się ogarnąłem, to zobaczyłem, że jestem jedenasty i czeka na mnie jeszcze podium w kategorii wiekowej. Niby nic wielkiego, ale czułem się (prawie) jakbym wygrał.

Andrzej skończył przed dziesięcioma godzinami – cieszył się. Już dwa razy rozmawialiśmy przez telefon o tym biegu i śmieje się ze mnie, że w końcu wiem, co to znaczy ultra. I to jest prawda. Ultra to coś więcej niż bieg. To walka z samym sobą i z demonami w głowie, które mówią, że przecież nic się nie stanie jak zejdziesz z trasy. Moje mi towarzyszyły prawie przez sześćdziesiąt kilometrów.

Podsumowując, 83 kilometry (podobno) przebiegłem w 8 godzin 17 minut i 13 sekund. Myślałem, że na mecie będę w gorszym stanie. Myślałem, że dzień po biegu w lepszym. Ten tydzień odpuszczam. Odpuszczam też 100 kilometrów na UKP. W tym roku. Zostawię sobie coś na przyszłość.

1 Comment

  1. Damian pisze:

    Ech, co to był za bieg : ) Za rok powtórka? : d

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.