Tu i teraz

Mam pomysł na trzy wpisy. Pierwszy, dzisiejszy o sytuacji obecnej – na jakim etapie jestem i z czego to wynika. Drugi – luźna notka urlopowa, gdzie kilka słów więcej napiszę o moich treningach i o tym, co w nogach. Trzeci – o tym, co chciałbym jeszcze pobiec w tym roku, bo pierwszy „prawdziwy” start przede mną już w sobotę.

Proszę państwa, siadamy głęboko w fotelach, zapinamy pasy i startuuuujemy, jak to mawia Andrzej Twarowski.

Punkt pierwszy. Prosto z mostu. Jest mnie za dużo. Trzy kilogramy. Niby niewiele, ale ciężko będzie do soboty wrócić do wagi startowej. Pytanie tylko, czy mi to przeszkadza? Czy mam to w nosie? Trochę tak. A trochę nie. Trochę mi smutno, że akurat na urlopie piwko smakuje jak nigdy i nawołuje: chłopaku, masz w nogach dwadzieścia, trzydzieści kilometrów, zasłużyłeś. A ja akurat w te dni asertywność mam na poziomie zero i sytuacja wyglądała jak w tym kawale o dwóch studentach, gdy jeden idzie na piwo, a drugi na to: – dobra, namówiłeś mnie.

Punkt drugi. Od początku zeszłego roku pięknie realizowałem trening siłowy. Dwa albo trzy treningi w tygodniu. Zamknęli siłownie? Nie szkodzi. W domu mamy na tyle dużo sprzętu, że spokojnie można było sobie z tym poradzić. I tak to szło do dwunastego lipca. Miałem zrobić sobie tydzień przerwy, z tygodnia się zrobiły dwa, a z dwóch osiem. Na urlopie mi to nie przeszkadzało, ale jak dzisiaj spojrzałem w kalendarz treningowy, to aż mi opadła kopara, jak z tygodnia zrobiły się dwa miesiące, a płaskiego, umięśnionego brzucha pozostały wspomnienia.

Kaloryfera nie ma i trzeba się z tym pogodzić.

Punkt trzeci. Trzy tygodnie (prawie) spędziłem w pierwszym zakresie i przebiegłem niewiele, bo 141 kilometrów. Ostatni mocniejszy akcent zrobiłem 20 sierpnia i było to 15×1’/1′, czyli samotny, „kenijski” fartlek.

Punkt czwarty. Żeby nie było, że tylko narzekam, to mimo fizycznego zmęczenia i okrutnie nabitych nóg, to czuję niesamowity przypływ mocy. Czuję, że jeszcze w tym roku to odda i myślę sobie, że może już w weekend (sam siebie próbuję oszukać).

Punkt piąty. Odpocząłem psychicznie. Nawet przez chwilę nie myślałem, że mógłbym biegać więcej, albo zamiast iść w góry, to, że może lepiej pobiec. Na chwilę odpuściłem i wierzę, że teraz wrócę z jeszcze większą motywacją i że będzie żarło. Musi! Czuję się, jakbym był po jakimś małym roztrenowaniu : )

Jutro sprawdzę, czy coś pod kopytem jest i będę zdecydowanie mądrzejszy.

Zdrowia!

PS. 20 000 kilometrów tuż, tuż!

2 Comments

  1. Michał pisze:

    To wszystko musi oddać, w przyrodzie nic nie ginie 🙂 Piwko na urlopie to roztrenowanie dla głowy, niezwykle potrzebne moim skromnym zdaniem. Kminie od kiedy dałeś znać że coś biegniesz w połowie Września i jeszcze nie wykminiłem co ustrzeliłeś za cymesika, ciekawość zżera :).

    • Adam pisze:

      Oj tak, piwko na urlopie, to bajeczka i nie ma co o to bić piany. Inna sprawa, żebym był zawodowcem. A taki reset może być dobrym bodźcem.
      Myślę, że w czwartek/piątek dam znać, chciałbym jutro napisać o urlopie, a następnie o planach – no chyba, że to zrobię w sobotę tuż przed pierwszym startem. Ale nie jest to nic „wow” (chociaż w obecnych czasach, to chyba każdy bieg jest wow), zwykła dyszka, asfaltowa i chyba nawet z atestem : )
      Pozdroooo!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.