W czerwiec wchodzę z buta!

Sprawdzian na dziesięć kilometrów zrobiony. Wynik zależy od narzędzia pomiarowego, inną wartość podaje endomondo, inna widnieje w Garmin Connect. Nieważne. Najważniejsze, że głowa dała radę i się nie poddałem, a byłem blisko. Pięć kilometrów poszło gładko, na kolejnych pięciu była walka o przetrwaniem i z wiatrem…

Pojawiają się już pierwsze niewirtualne wydarzenia biegowe. I jeszcze w czerwcu można pobiec w Żukowie na 5 lub 10 kilometrów (27 i 28 czerwca). Tydzień później wracają Gdańskie Biegi Leśne, w których mieliśmy przyjemność startować w 2018 roku i żeby było ciekawie, to nie zostaliśmy na rozdaniu nagród i jeszcze nie odebraliśmy pucharów. I chyba już nie mamy na co liczyć? A szkoda, bo Agnieszka tam wygrała, ja musiałem się zadowolić miejscem trzecim. Ciekawa to impreza, bardzo kameralna (ale czy w obecnych czasach jeszcze kameralne zawody będą?), ale z naprawdę ciężką trasą, na której nie udało mi się zejść nawet poniżej 49 minut… : )

Czy można więc powiedzieć, że małymi krokami wracamy do normalności? Nie wiem i nie chcę wyrokować, ale ostatnie dane z Ministerstwa Zdrowia nie napawają optymizmem i zastanawiam się, czy nie pojechać do Żukowa i się nie sprawdzić, bo może to być pierwsza i ostatnia okazja w tym sezonie. A podobno forma jest.

Odpuściłem piątkowy trening, co by w sobotę była świeżość, więc „tylko” pięć razy biegałem, ale kilometrów nie brakowało, osiemdziesiątka na liczniku, więc pozytywnie!

    • We wtorek żona mnie namówiła na 6×500 na przerwie 300. Wyglądało to tak, że biegłem delikatnie przed nią, pilnując tempa około 4:10 min/km. I wyszło całkiem nieźle. Zmieściliśmy się w przedziale 4:06 – 4:15. Dla mnie to było fajne pobudzenie mięśni przed kolejnym dniem, a dla Agnieszki dobry jakościowo trening. W sumie wyszło 14 kilometrów w tempie 5’01”,
    • W środę wpadł pierwszy z zapowiadanych mocniejszych treningów. Ustawiłem w zegarku osiem powtórzeń długości jednego kilometra z dwuminutową przerwą. Planowałem się wyrobić w tempie 3’30”. Pierwsze pięć pięknie: 3:28,6; 3:28,4; 3:28,8; 3:27,5 i 3:28,1. Kolejne dwa: 3:31,7 i 3:31,1… I odpuściłem. Te dwa powtórzenia wyciągałem na ostatnich metrach i nie widziałem sensu, żeby się ubić ostatnim kilometrze. Byłem zadowolony z tych siedmiu kilometrów, a w planach miałem mocne bieganie w sobotę, więc jeszcze przetruchtałem trzy kilometry, żeby w sumie przebiec piętnaście. Bałem się, że w domu zaliczę solidny zjazd, ale czułem się naprawdę dobrze, co sprawiło, że z weekendowego sprawdzianu nie zamierzałem rezygnować,
    • Myślałem, że w czwartek zrobimy z Agnieszką dyszkę, a skończyło się na czternastu kilometrach. Biegło się lekko i przyjemnie, ale dziwnym nie jest, bo naprawdę się nie spieszyliśmy…,
    • Na sobotę się umówiłem z panem Bagińskim o dziewiątej na starcie parkruna. Przebiegliśmy się jeszcze kawałek i znaleźliśmy odpowiednie miejsce do startu. Plan było prosty – dziesięć kilometrów i atak na PB (36:52). Poprosiłem Tomka, żebyśmy zaczęli spokojnie (3’40”), a potem będziemy cisnąć. Skończyło się na tym, że wystrzeliłem jak głupek i pierwsze 500 metrów zrobiliśmy w tempie 3’28”. Zwolniliśmy i pierwszą piątkę zamknęliśmy w 18:04, czyli w punkt. Potem się zaczęły schody… z każdym kilometrem trudniejsze było pilnowanie dyktowanego przez Tomka, optymalnego tempa. Cierpiałem. Bardzo. Uratowało mnie ostatnie pięćset metrów, na którym wykrzesałem z siebie wszystko. Równo w momencie zasygnalizowania przez zegarek dziesięciu kilometrów wyłączyłem go i zobaczyłem 36 minut i 41 sekund z ogonkiem. Nie było lekko. Bez Baginsa by się nie udało. Ale przy odpowiednim przygotowaniu przedstartowym i dobrym dniu #break36 jest do zrobienia,

  • Tydzień skończyliśmy wybieganiem po TPK – półmaraton, 300 metrów w górę i tempo 5:28 min/km. Nie chciało mi się. Ale jak już ruszyliśmy, to już poszło. Nogi fajnie współpracowały, a gęba się nie zamykała. Bieganie z takim introwertykiem jak Tomasz Bagiński, to przyjemność. Był też małomówny Andrzej i Damian. No i oczywiście Aga. I kilka dzików i sarna. Było fajnie. Jak to w niedzielę w lesie.

Mega optymistyczny tydzień. Waga daleka od startowej, ale wszystko inne na swoim miejscu. Motywacja, wola walki i kompetentny partner na trasie, więc udało się wykrzesać z siebie całkiem sporo. Szkoda, że nam koszmarnie wiało, bo w niedzielny poranek pogoda była zdecydowanie korzystniejsza, żeby zrobić taki sprawdzian. Ale tak to już jest, że jak sobie zaplanuję szybsze bieganie, to musi wiać. Ale jak na zawodach będzie podobnie, to co zrobię? Trzeba brać to, co jest i się z tego cieszyć. Dlatego jestem dobrej myśli i wierzę, że jeszcze w tym roku będzie okazja się pościgać na 110%.

Zdrówka!

1 Comment

  1. […] dla szanownego kolegi Adama 2h59min.pl Baranowskiego na dystansie 10km. Jak wyszło, Adam opisał tutaj. Fajna sprawa takie pomaganie przez bieganie. Niby nic takiego, ale widać jak obecność drugiego […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.