Wings For Life 2019 – relacja

Siedem dni temu startowałem w Wings For Life. Wszyscy dawno zdążyli o biegu zapomnieć, większość zdjęć, jak nie wszystkie, zostały opublikowane, a ja dopiero wrzucam relację. Może to i lepiej, bo zdążyłem nieco ochłonąć. Chociaż nie ukrywam, że tekst już miałem od kilku dni w głowie i tylko czekałem na chwilę wolnego i możliwość przeniesienia tego na „papier”.

Nim przejdę do swoich odczuć, to pochwalę się żoną i teściową.

26 kilometrów z małym ogonkiem. Trzy więcej niż przed rokiem. Jak Aga kończyła bieg, to na świecie rywalizowało mniej niż sześć tysięcy ludzi, więc bardzo fajnie. Średnie tempo: 5’02”. A po wszystkim powiedziała, że chciałoby się więcej i nie ma jak to ultra.

Agnieszki mama natomiast wystartowała po raz pierwszy w życiu. I na tym mógłbym skończyć, ale pewnie każdy z Was pamięta ten swój pierwszy bieg, tę szaloną porcję nerwów, niepewności i abstrakcji sytuacji. Skończyło się na 8,34 km. Jak to młodzież mówi – sztos!

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

26 km pokonane 👍 #wingsforlife #wingsforlifeworldrun #loverunning #family #dreamteam #goodvibes @2h59min.pl

Post udostępniony przez Agnieszka Baranowska (@pani_bajka)

Do Poznania zajechaliśmy w piątek, wzięliśmy ze sobą jeszcze psa, bo w zeszłym roku bardzo jej się podobało. Zlokalizowani byliśmy idealnie – niecały kilometr na poznańskie targi, w okolicy kilka sklepów, knajpek, dość blisko na rynek. Jedyny minus – brak parkingu. Skończyło się to tak, że mimo iż Komenda Wojewódzka Policji w Poznaniu była zlokalizowana 100 metrów dalej, to mamy pięknie przerysowany kluczem prawy bok (miasto doznań).

Mimo marnej pogody w piątek i w sobotę zrobiliśmy po 25 tysięcy kroków (tako rzecze Huawei i aplikacja Health), czyli mniej więcej po dwadzieścia kilometrów. Na szczęście od jakiegoś czasu przed długimi biegami robię dwa dni wolnego (a plan był taki, żeby to jednak był bieg długi). Mimo wszystko już w sobotę czułem, że mam mocno nabite nogi, ale gdy sobie poczytałem w „Ultra” o dystansach, które pokonuje Paweł Żuk, to zrobiło mi się zdecydowanie lżej…

Niedzielny bieg zaczynał się o 13:00, więc od rana ciężko było się ogarnąć. Przede wszystkim trzeba było wciągnąć dwa posiłki i żałuję, że drugim z nich nie był jakiś ryż, czy makaron. Zacząłem od owsianki, potem zjadłem bułkę z nutellą. Mam wątpliwości, czy to był dobry wybór, bo w trakcie biegu nie do końca czułem się komfortowo. Po drugie, planowaliśmy wyjść o 12:00, przyspieszyliśmy o piętnaście minut i to się okazało strzałem w dziesiątkę. Tłum ludzi, kolejki do depozytu, kolejki do toi-toia. Totalna masakra. Koniec końców dwadzieścia minut przed startem wyszliśmy na zewnątrz i zaczęliśmy rozgrzewkę…

Punktualnie o 13:00 ruszyliśmy. My, niecałe osiem tysięcy biegaczy w Poznaniu, i tysiące w innych lokalizacjach.

Ja bym mógł podzielić swój bieg na trzy części:

15 kilometrów po 4’15”. Spokojny start, zwalniałem, ile mogłem, pierwsze kilometry po 4’14”, 16″ i 16″. Można powiedzieć, że szło idealnie. Nie spieszyłem się, trzymałem tempo, jeśli jeden kilometr był szybszy, to na kolejnym zwalniałem i wyglądało na to, że mogę przebiec maraton poniżej trzech godzin.

Kolejne 13 kilometrów po 4’09”. Ale poczułem flow. Ruszyłem jak dzikus. Jak tylko widziałem kogoś przed sobą, to odpalałem rakietę i doskakiwałem, a po chwili gnałem przed siebie. Czułem się cudowanie, czułem się królem Wingsa. Jeden z kilometrów pokonałem nawet w 3’53”. Właśnie wtedy dopadłem ekipę z pierwszą kobietą. I sporo mnie to kosztowało. Ale w tym momencie niewiele mnie to interesowało. Po prostu biegłem i chłonąłem atmosferę. Przybiłem chyba tysiąc piątek i przyjmowałem na klatę frontowo wiejący wiatr i leciałem przed siebie.

Ostatnie 15 kilometrów – 4’37”. Zaczęła się zabawa. Oddechowo było świetnie. Ciało współpracowało, ale nogi zaczynały mi wchodzić w dupę. W sumie to dziwnie zabrzmi, bo wciąż biegłem poniżej 4’40”, ale momentami miałem dość. Dogoniła mnie pierwsza kobieta, którą kilka kilometrów wcześniej zostawiłem daleko za sobą. Wiem, że zabrakło mi w treningu dłuższych i szybszych jednostek, a to musiało się zemścić.

W końcu nadjechał „Kapitan Wąs” i po 42,90 km zakończył moją zabawę. Kolejne pięćdziesiąt minut spędziłem na oczekiwaniu na autobus. Całe szczęście z folią NRC, bo inni tego szczęścia nie mieli. Kolejne pięćdziesiąt minut w podróży (w pozycji siedzącej) i byłem ponownie na MTP, a tam niemal pustki, zwycięzcy i kilkudziesięciu zawodników, atmosfery święta brak, a szkoda – chociaż z drugiej strony mnie to nie dziwi, bo pogoda, choć do biegania była idealna, to do kibicowania już niekoniecznie. Dostałem buziaka od żony, zgarnąłem medal i uciekaliśmy. Potem obiad, piwko i spać. Wracaliśmy w poniedziałek, więc spokojnie można było świętować w towarzystwie debiutanta.

***

Endomondo pokazało, że najszybszą dyszkę przebiegłem w 41:09 (od 14,33 do 24,33 km), a maraton w 3:03:25. Nie wiem, czy byłbym w stanie pokonać maraton poniżej trzech godzin, ale też nie powiem, że na pewno bym rady nie dał, bo WFL to jednak bieg zupełnie inny od maratonu. Zupełnie inaczej się do niego podchodzi i wynik jednak jest sprawą drugorzędną. Oczywiście, że chciałem pokonać jak najwięcej kilometrów, ale nie wiem, co było moim planem minimum. 40 kilometrów? Maraton? Nie potrafię powiedzieć, bo jednak w ostatnim roku niemal w 100% zszedłem z asfaltu (przynajmniej na zawodach) i to też czułem pod koniec rywalizacji i w tym, powingsowym tygodniu.

Foto główne: Łukasz Babst.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.