Z biegowego pamiętniczka [ZBP] – część pierwsza

Natężenie biegowych imprez u mnie niespotykane. Jeszcze kurz nie opadł po TriCity Trailu, a już za dziesięć dni kolejny start – Półmaraton Karkonoski, na który zapisaliśmy się niemal pół roku temu, z myślą, że jak się nie uda ogarnąć dłuższego urlopu, to wyskoczymy na długi, biegowy weekend. 

Na dodatek zapisaliśmy się już na kolejny start – Ultramaraton Kaszubska Poniewierka. Padło na 50 kilometrów. Przez chwilę myślałem o siedemdziesięciu pięciu, ale żeby nie komplikować nam życia pobiegniemy na jednym dystansie. Spojrzałem na listę startową, na niej 140 nazwisk, wcale nie tak dużo, więc jak już będzie oficjalnie zamknięta, to spojrzę i zobaczę, z kim się będę ścigał. Liczę na lepsze miejsce, niż na TCT.

Przewyższeń na trasie ponad 800 metrów, więc profil podobny do Radunka Run, więc można by było pobiec na podobnym poziomie. Dlatego też jak tylko poczułem trochę więcej mocy, to wczoraj poszedłem na kontrolną szybszą dyszkę. Wyszło 39:06, więc nieźle jak na 6:00 i samotny bieg. Nad prędkością na pewno jeszcze do września mocno popracuję, bo wytrzymałość jest i raczej nie zapowiada się, żeby nagle się ulotniła w najbliższych dwóch miesiącach. Teraz tylko ładnie muszę to wszystko wypośrodkować, żeby nie zabrakło ani jednego, ani drugiego.

Planowałem po tym pierwszym „prawdziwym” ultra odpocząć co najmniej tydzień. Po trzech dniach brak ruchu zaczął doskwierać i w czwartek wylądowałem na siłowni, ale organizm się zbuntował i niespecjalnie chciał współpracować. W sobotę i niedzielę było już lepiej i wpadły dwie spokojne dyszki i pięćdziesiąt kilometrów w turystycznym tempie na rowerze. W poniedziałek w końcu udało się coś podźwigać na siłowni, przysiady i wypady z obciążeniem przyjemnie zabetonowały mi nogi, ale mimo wszystko wczoraj i dzisiaj udało się utrzymać solidne tempo, no i znowu poprawiłem przysiadami, więc poniewierkowe górki nie będą mi straszne!

Odpaliłem dzisiaj w pracy skrzynkę pocztową i czekała na mnie wiadomość od pana Tomasza Kaszkura, którą częściowo przytoczę:

Nie mogę na blogu Pana znaleźć wpisu z Maratonu w Toruniu, gdzie udało się (chyba) po raz pierwszy w życiu złamać trójkę, czy to prawda? Prawda, że właśnie tam i po raz pierwszy?

Odpisałem i tutaj też napiszę. To prawda. W skrócie przytoczę moją odpowiedź: Wpisu nie ma, bo nie prowadziłem jeszcze bloga. Ba, nawet nie miałem zegarka biegowego, takiego z prawdziwego zdarzenia. Moim orężem był Polar FT60, który pokazywał czas i mierzył tętno, ale nie mierzył dystansu, więc opierałem się na znacznikach kilometrów. Nie było pacemakerów, nie było żadnej zorganizowanej grupy na trzy godziny, więc byłem ja i moje myśli. Od początku trzymałem równe tempo, w czym pomagała pogoda (trzy, może cztery stopnie na plusie). Na półmetku miałem czas 1:29:29, drugą połowę pokonałem delikatnie wolniej, co dało mi czas 2:59:19. Pamiętam, że byłem bardzo miły dla wolontariuszy, mówiłem dzień dobry i się uśmiechałem.

Dzisiaj wróciłem wspomnieniami do tego biegu i myślę, że to był jeden z dwóch maratonów, które pobiegłem z taką pokorą, z jaką podchodzę do biegów ultra. Pierwszym z nich był 1. Gdańsk Maraton (3:13:59), kiedy chciałem sam sobie udowodnić, że do maratonu się nadaję i chciałem wymazać z pamięci debiut z Maratonu Solidarności (3:52:50). Drugim właśnie toruński maraton. W obu tych biegach wiedziałem czego chcę i od początku tylko się na tym koncentrowałem, nie wariowałem, nie zaczynałem szybciej, niż powinienem. Po prostu trzymałem to, co wiedziałem, że mogę utrzymać (chociaż przed biegiem w Toruniu nie mówiłem głośno, że złamię trzy godziny, ten plan zachowałem dla siebie). Potem chciałem więcej i więcej i za każdym razem kończyłem wolniej, niż planowałem przed startem. Więc jak wrócę na asfalt (a pewnie kiedyś wrócę i powalczę o lepszy wynik), to muszę o tym pamiętać.

*

Nazywam tekst częścią pierwszą. Mam nadzieję, że takie luźne teksty o wszystkim i o niczym będą pojawiać się częściej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.