Zimowe rozterki biegacza

Zdążyłem zapomnieć o roztrenowaniu, przeziębieniu i kilkudniowym bólu stopy. Za mną nieco ponad miesiąc biegania i prawie 280 kilometrów na liczniku. I w głowie, jak każdej zimy, jedna myśl: czy ja przypadkiem nie biegam za wolno?

Moje maratońskie doświadczenie jest jeszcze niewielkie, ale mimo wszystko widzę jedną zależność (uwaga, nie odkrywam Ameryki). Im więcej kilometrów przed imprezą docelową, tym mniej bólu w trakcie. Gdyby ktoś z Was chciał się nieco bardziej wczytać w temat, to zapraszam do tekstu: Cel na 2. PZU Gdańsk Maraton – 2:54:59. Dlaczego dam radę! Nie dałem rady i skończyłem z czasem 2:57:17. Mimo wszystko jestem fanem spokojnego zwiększania objętości treningowej, wynikającej z czasowej poprawy wydolności i siły, niż z samych chęci popartych równaniem do lepszych. W swojej biegowej przygodzie jeszcze nie wskoczyłem na poziom 80+ kilometrów w tygodniu. Siódemka z przodu to mój maksymalny wynik. Chciałbym przed 3. Gdańsk Maratonem w końcu się przełamać i skończyć tydzień z wynikiem ponad osiemdziesięciu oraz wskoczyć na 300 kilometrów miesięcznie. Niewiele mi brakowało w marcu i kwietniu, gdy wybiegałem 270 i 281 kilometrów.

Zacząłem od objętości, a tak naprawdę bardziej martwi mnie mała ilość treningów szybkościowych. Ale przejrzałem statystyki z przygotowań do misji maraton 2016. Wziąłem pod uwagę 19 tygodni i okazało się, że wykonałem 95 treningów, na dziewięciu pokonałem co najmniej 20 km (w tym raz trzydzieści), a 17 z nich pokonałem z prędkością 13 km/h lub szybciej (oznacza to tempo 4:36 min/km). Najlepsze zostawiam jednak na koniec:

Naprawdę na maksa przebiegłem półmaraton w Gdyni (tempo 3:54 min/km), a poza tym zrobiłem tylko jeden trening w tempie szybszym od docelowego na maratonie (4:09 min/km, 21 km, na trzy tygodnie przed maratonem). Uważam, że jest to optymalny czas na sprawdzenie swojego stanu wytrenowania. Nie biegam tego treningu na 100%, ale lekko odkręcam manetkę gazu i przyspieszam, sprawdzam, czy mam dość pary w nogach i płucach i wizualizuję sobie, jak wbiegam na metę.

Co to oznacza? Że moje obawy są bezpodstawne. Nie muszę biegać bardzo szybko, aby uzyskać optymalną prędkość podczas dnia startu. Muszę, Wy też musicie, utrzymać balans między długimi wybieganiami, a jednostkami szybkościowymi, które powinienem dostosować do docelowej prędkości startowej.

To jednak tylko teoria. Praktyka jest zgoła inna. Teraz biegam w długich spodniach, na górze mam najczęściej trzy warstwy – koszulkę termoaktywną, bluzę i kurtkę przeciwdeszczową i przeciwwiatrową. I oczywiście czapkę, szalik i rękawiczki. Żeby utrzymać mocne tempo muszę się naprawdę postarać. A gdy tylko się ociepli, mogę powoli zrzucać z siebie odzieżowy balast… i się zaczyna. Czuję lekkość, siłę i trudno mi utrzymać odpowiednie tempo. Czuję się za dobrze, żeby biegać w tempie 4:20 min/km, bo z łatwością mogę biec w tempie o 20 sekund lepszym.  A pilnować się trzeba, bo…

Łatwo jest się przetrenować i zgubić w tym wszystkim, bo tak jak pisałem w jednym z wcześniejszych wpisów – amatorzy chcą wyników tu i teraz, natychmiast. Za wszelką cenę staramy się biegać szybko i dużo. A najczęściej kończy się tym, że biegamy i za szybko, i za dużo, a w dniu startu jesteśmy kompletnie wypruci z sił. Przy dużym kilometrażu powinniśmy na jakiś czas przed startem pomyśleć o taperingu, czyli o zejściu z obciążeń w odpowiednim momencie, żeby podczas zawodów czuć luz i głód biegania.

PS. Tak wiem, że pisałem, że im więcej kilometrów tym lepiej, a z drugiej strony piszę, aby nie przesadzać z kilometrażem. Tu każdy z nas musi wiedzieć na jakim poziomie wytrenowania jest i na co może sobie pozwolić.

Foto: Paweł Marcinko, Trener – lokalny miesięcznik o bieganiu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.