Bądź fajny!

Ostatni tydzień orki za mną. Pięć dni z rzędu biegania i 72 kilometry z kawałkiem na liczniku. Weszło pięknie i zaczynam zaciągać hamulec, szukam świeżości i powoli zaczynam myśleć o Pomerania Trail. Nastawienie jest dobre, ale myślę, że o tym będzie najlepiej napisać w przyszłym tygodniu.

Moje podsumowania zaczynają przybierać kształt felietonów. Na początku sobie “o czymś tam” piszę i potem w kilku zdaniach opisuję moje treningi. Uważam, że to ma sens i mi się podoba…, chociaż mógłbym to spokojnie na dwa wpisy rozbić, aj te odsłony, ci unikalni użytkownicy, te kontrakty reklamowe! Ale będę to kontynuował w takiej formie. I tak, gdy ludzie widzą, że trzeba coś przeczytać, to scrollują dalej ;- )

Na starcie dwa słowa o organizatorach. Jak jest z mistrzostwami świata w Gdyni, to nawet mi się nie chcę pisać. Smutny temat. Mocno irytujący… Ale żeby nie było, że organizatorzy to zło, to powiem Wam, że i w ostatnich tygodniach mam dobre doświadczenia:

  • Agnieszka wygrała w Toruniu kategorię wiekową, nie zostaliśmy na dekoracji, ale kilka wymienionych wiadomości i cyk, statuetka w domu. Zero ciśnienia, bardzo sympatyczne podejście, a ja dostałem “na pocieszenie” koszulkę z Festiwalu Biegów św. Mikołajów Fabryki Kopernika. W paczce znalazło się również kilka pierników. Na bogato! To z Torunia statuetka dotarła, a dwa puchary z jednej z gdańskich imprez jeszcze nie… a to już dwa lata minęły ;- )
  • Nie mogłem się zapisać na Pomerania Trail, nie mogłem w ogóle dostać się do panelu… Ale oczywiście mogłem liczyć na organizatorów. Napisałem, że potrzebuję na listę wpisać Agę, siebie i Andrzeja. Przelew zrobiony. My na liście startowej. Uprzejmości wymienione. Widzimy się 10.10 i fajnie : )

Bohater minionego tygodnia -> Kacper Kąkol. Myślę, że już wszyscy widzieli, ale jeśli ktoś nie jest w temacie, to warto kliknąć w linka i się zapoznać. To jest wariat!

Bohaterowie tego tygodnia -> Tomasz Bagiński i Antoni Grabowski. Trzymam kciuki za dobre ściganie na półmaratonie w Gdańsku!

*

A jak tam u mnie? Ruszyłem we wtorek, zatrzymałem się w sobotę, a niedzielę spędziłem z żoną, psem i netflixem, odpoczywałem po prostu.

Zacząłem od 12 kilometrów z Agnieszką. Namówiła mnie na 4×500 metrów, chociaż nie chciało mi się bardzo. Jak już jednak zostałem wmanewrowany, to starałem się pilnować tempa, co by nie było za szybko i łapaliśmy: 4’13”, 4’12”, 4’12” i 4’09”. Poza tym spokojnie, lekko powyżej pięciu minut na kilometr.

Kolejne dwa dni to dwa razy piętnaście. 4’29” w miarę swobodnie oraz 4’04” bez szaleństwa, ale solidnie.

W piątek luzowałem. 10 kilometrów w 51 minut.

Znowu najwięcej radości dało wybieganie – ja chciałem zakończyć na osiemnastu kilometrach, ale dostałem po głowie od małżonki i Andrzeja i kazali mi dokręcić dwa kilometry. Zaczęliśmy przed siódmą, już było parno, nawet gorąco, ulgę przyniósł deszcz i dał masę radości. Znowu dwie godzinki zleciały w dwie minuty. Stwierdziliśmy, że jesteśmy gotowi na ultra. I git!

*

Siłowni nie było, ale zamontowałem drążek rozporowy. Jak robię sobie przerwę od pracy to się podciągam. Dobre i to.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.