Między “Przeprowadziliśmy się” a “W sobotę wstałem o 7:00”

Przybyli ułani pod okienko. Może nie do końca ułani, ale pani Agnieszka Baranowska z mężem Adamem. I choć nie za bardzo chcieli, bo “prosimy o zachowanie dystansu społecznego”, to weszli. Dali się oprowadzić, usiedli. I tak oto zapisali się w historii rodziny państwa Kaszkur. Jako pierwsi goście. Pierwsi, którzy mogli spojrzeć z naszego tarasu na start i metę parkruna.

Pozwoliłem sobie uzupełnić wpis pana Tomasza Kaszkura – The new life starts here.

Nie będę wchodził jednak w szczegóły. Czuję się jak Neo. Zostałem wybrańcem. I chociaż myślałem, że najfajniejszymi dwoma godzinami poprzedniego tygodnia będą te spędzone przed pierwszymi dwoma odcinkami “The Last Dance” (jezusmaria jakie to dobre!), to oto nadszedł piątek i niewinna rowerowa inauguracja sezonu zamieniła się w niewinną “parapetówkę” (to chyba za duże słowo, ale nie potrafię znaleźć innego, które będzie pasowało) u Kaszkurów.

Dobrze, że Tomek jest najpopularniejszym biegowym blogerem w okolicy, więc nie jest to wstęp oderwany od biegania. Mogę powiedzieć, że chciałem sprawdzić jak prawie cztery tygodnie bez biegowej aktywności wpłynęły na jego formę, a teraz mogę płynnie przejść do podsumowania tygodnia… A tam lipa, panie. Miało być 80 kilometrów, a było 72,60. Niby bez tragedii, ale jeszcze dyszka by się przydała.

Na swoje usprawiedliwienie mam, że w niedzielę po leśnym półmaratonie zrobiliśmy jeszcze prawie 13 kilometrów po Trójmiejskim Parku Krajobrazowym z Bajką, która jeszcze dochodzi do siebie. I, jak już wyżej zasygnalizowałem, zainaugurowaliśmy sezon rowerowy. Ale nie myślcie, że ta jazda ma coś wspólnego z treningiem. Absolutnie nie, jest to chillowe przemierzanie okolicy w tempie mocno turystycznym, zero spiny, zero ścigania, totalny relaks.

Jak już biegałem, to jednak nie było dramatu:

  • zniesiono leśne ograniczenia, więc we wtorek wyskoczyliśmy do lasu i zrobiliśmy całkiem solidne 14 kilometrów,
  • środę zacząłem od mocnej piątki (18’45”) i w sumie wpadł piętnastak ze średnią 4’08”,
  • w czwartek zrobiliśmy luźne, miejskie dwanaście,
  • dyszkę po 4’15” zrobiłem natomiast w piątek i nawet tętno było całkiem ‘rozsądne” (154 bpm),
  • o niedzielnym półmaratonie już wspominałem, troszkę się zmęczyliśmy, bo zrobić w Otominie prawie 300 metrów przewyższenia to nie lada wyzwanie.

Dobrze wygląda zeszłotygodniowy “raport krokowy” – 149 136, ale tylko wczoraj ponad 44 tysiące. I wiecie co? Bolą mnie nogi… A przed nami ciekawy tydzień, z wolnym piątkiem, czyli można zrobić podejście pod jakiś większy kilometraż. Może nie będę na nic się nastawiał, bo ostatnio jak sobie coś założę, to potem okazuje się, że jestem do tyłu i brakuję mi jednego treningu, żeby zrealizować cel. Na szczęście kwiecień będzie kolejnym (piątym z rzędu) miesiącem, w którym pokonam 300 kilometrów, co na chwilę obecną jest wynikiem co najmniej przyzwoitym.

Zdrówka!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.