Mud Max Trójmiasto 7 km – relacja

Jak totalny “asfaltowiec” wspomina swój wypad na pierwszy bieg z przeszkodami? Co ma większe znaczenie – dyspozycja biegowa, silne ręce, czy może psychika? Wracam myślami po raz kolejny do Przywidza i zabieram Was ze sobą!

Kilka razy myślałem, od czego zacząć relację. I mimo, że od imprezy minęły trzy dni, to nie przyszło mi nic do głowy. Nie jest mi łatwo odnieść się do czegokolwiek, bo nigdy nic takiego mnie nie spotkało. Dokładniej: nic takiego zajebistego. Serio! Nie będę porównywał Mud Maxa do płaskich biegów, bo to kompletnie nie ma sensu. Zupełnie inna jest atmosfera, zupełnie inna specyfika i ja miałem zdecydowanie inne nastawienie przed startem. Miałem totalny chill, nie przejmowałem się niczym, nastawiłem się od początku do końca na dobrą zabawę i dużą ilość błota. Nie zabrakło mi ani jednego, ani drugiego.

Ktoś z Was słyszał o Mud Maxie? Nie? Ktoś startował? Też nie? Nie dziwię się. Nie jest to inicjatywa chociaż w połowie tak znana jak Runmageddon, czy Spartan Race, ale to szybko może się zmienić, bo to już jest bieg na bardzo wysokim poziomie. I organizatorom nie przeszkodziła nawet awaria prądu. Fakt, nie mogłem się wykąpać po biegu. Znaczy się mogłem, w zimnej wodzie, ale już miałem dosyć chłodnych kąpieli, więc powiedzmy, że się obmyłem na tyle, żeby nie pobrudzić samochodu. Drugą opcją był spacer nad pobliskie jezioro, więc rozwiązanie można było znaleźć ;- )

Fot. Jacek Piotrowski

Fot. Jacek Piotrowski

Atmosfera od samego początku była świetna. Biuro zawodów nieco prowizoryczne, ale dobrze skoordynowane. Ciepły dzień sprawił, że można było przebierać się na powietrzu, więc nawet nie miałem okazji skorzystać z szatni. Trasa była rewelacyjnie oznaczona, a przeszkody zróżnicowane – znakomicie wykorzystano wszystkie niedogodności terenu. Na początku oczywiście się korkowało na trasie, ale z czasem był luz, a nawet można było zatęsknić za towarzystwem, gdy trzeba było pokonać kolejną przeszkodę. Kilka razy miałem problemy, ale w kooperacji się udało ;- ) Ktoś ciągnął za ręce, ktoś łapał za nogi i jakoś poszło! Musiało to wyglądać pokracznie, ale to nie skoki narciarskie, nie liczył się styl ;- )

Biegowo było spokojnie. Chociaż ciężko biegać w ubłoconych butach, które już dawno swój byt powinny zakończyć w śmietniku (zostały zutylizowane dopiero w Przywidzu), dlatego nie spieszyliśmy się, ale większość trasy pokonaliśmy chociaż w truchcie. Lepszy bieżnik w bucie byłby atutem, ale na pewno nie był czynnikiem, przez który nie pokonałem dwóch przeszkód. Pokonały mnie “dzwoneczek” i “wieszak”. Nie wiecie o czym mowa? Kliknijcie tutaj : ) Miało to miejsce tuż przed metą. Miałem już totalnie zmasakrowane ręce i chociaż bardzo, bardzo bym chciał, to nie było opcji, żebym sobie poradził.

Fot. Przemysław Koperski

Fot. Przemysław Koperski

Na trasie spędziliśmy ponad dwie godziny i piętnaście minut. Gdy zobaczyłem zegar byłem w totalnym szoku. Bojąc się o Polara V800 zostawiłem go w domu, więc nie miałem pojęcia, ile kilometrów za nami i jak dużo czasu nam zeszło. 135 minut wysiłku musiało się na nas odbić fizycznie. Ręce bolały mnie jeszcze we wtorek, więc wiem nad czym muszę popracować przed kolejnym startem w biegu przeszkodowym. Biegowo nie odczułem w zasadzie nic. Psychicznie czuję się wyśmienicie, dawno tak nie odpocząłem mentalnie, to była po prostu przyjemność!

Na poniższym filmie możecie zobaczyć wszystkie przeszkody, które mieliśmy do pokonania i chociaż trochę poczuć klimat Mud Maxa (największy mój dramat rozegrał się na przeszkodzie widocznie w 1:35):

Podsumowując: zajebista impreza! 10/10!

Siniaków i odrapań całe mnóstwo. Złamań brak.

Mega polecam! Tak samo, jak polecam start w długich spodniach, rękawiczkach i jeśli masz zamiar podchodzić do rywalizacji poważnie, to zapewne w butach trailowych.

Foto główne: Jacek Piotrowski.

PS. Żeby nie było wątpliwości, to moja żona mnie namówiła na ten bieg… ;- )

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.