Nie tylko bieganie, czyli moja sportowa historia

Moją biegową historię, a raczej jej początki przedstawiałem już na blogu, a dokładnie w tym miejscu, gdzie opisałem jak to się zaczęło i podsumowałem trzy lata. Ale moja sportowa historia zaczęła się dawno, dawno temu i na pewno to wpłynęło na moje obecne podejście do biegania. Zapraszam Was do mojego świata. Przynajmniej tej sportowej części.

Nie pisałem tego na blogu, może wspomniałem w jakimś komentarzu na facebooku (chociaż tego sobie nie przypominam), ale przez dziesięć lat trenowałem piłkę nożna. Zacząłem w 1997 roku, miałem dziewięć lat. Klub: GKP Brzeźno. Mały klub, założony w dzielnicy, w której się wychowywałem. Wszyscy w zasadzie próbowaliśmy sił, jedni wytrzymali krócej, inni dłużej, mi się udało zakończyć przygodę dopiero na seniorskiej piłce, o czym za chwilę. To był świetny czas. Szkoła, treningi, mecze, obozy, turnieje. Ostatnio na facebookowym profilu Damiana Bąbola widziałem, że wspominał o latach grania w ŁKS-ie Łódź, rocznik 1988. Jest szansa, że spotkaliśmy się na turnieju w Drzonkowie. Pierwszy mecz graliśmy właśnie z łódzkim KS-em. Jeśli Damian będzie miał okazję przeczytać ten tekst i sięgnie pamięcią do tego spotkania, to może przytoczy wynik, bo ja się wstydzę. Finalnie w turnieju zajęliśmy 6. miejsce, choć była duża szansa, żebyśmy weszli do strefy medalowej.

Nie byłem wybitnym zawodnikiem, raczej typowym wyrobnikiem, a największym moim atutem było, że czasami udało mi się prosto kopnąć lewą nogą. A Ci, którzy co nieco wiedzą o piłce, to na pewno mają świadomość, że ciężko o solidnego lewonożnego zawodnika. I pewnie dzięki temu udało mi się dość długo grać. Większość momentów wspominam bardzo dobrze, teraz już z nostalgią. Wielkich sukcesów nie osiągnąłem, ale nauczyłem się ciężkiej pracy i tego, żeby nie odpuszczać. Nie tylko bawiliśmy się piłką, ale też masę czasu spędziliśmy na bieganiu po lesie, czy plaży, więc zaczynając biegać wiedziałem na co się pisze. Mógłbym na ten temat dużo napisać, bo wspomnień jest cała masa, ale może przytoczę jedną anegdotę.

W jednym sezonie w rozgrywkach makroregionu juniorów (nie wiem, czy młodszych, czy już starszych) w gazecie napisali, że żadna drużyna nie góruje szczególnie nad innymi, a najpoważniejszym kandydatem do zwycięstwa w lidze jest GKP Brzeźno (nie wiem, jak to się stało, że zostaliśmy ocenieni wyżej, niż Lechia Gdańsk). W drugim meczu pojechaliśmy do Człuchowa. Pewni, jak cholera, bo to właśnie przed tym spotkaniem ukazał się artykuł. Oczywiście przegraliśmy. A po meczu do naszej szatni wszedł prezes, rzucił gazetę i powiedział: – Mogliście pokazać im ten artykuł, może by się położyli :- ) Oczywiście ligi nie wygraliśmy, nawet jej nie ukończyliśmy, bo po rundzie jesiennej klub się rozpadł, a ja trafiłem do KP Sopot. Tam ukończyłem wiek juniora, a seniorską przygodę kontynuowałem w Wietcisy Skarszewy. Pierwszy mecz w Sopocie, z KP, które bez żalu mnie oddało. Skończyło się 2:2, a strzeliłem jedną z bramek. W Wietcisy zakończyłem piłkarskie zmagania, a ostatni mecz zagrałem w 2007 roku, chociaż wygraliśmy 2:0 ;- ) Była to 10. kolejka rozgrywek, a ja kilka dni później tak niefortunnie stanąłem na piłce, że zerwałem wiązadła boczne w kolanie… Wiedząc, że kariery już nie zrobię, nie mając chęci kopać się w IV, czy V lidze, nie wróciłem już do piłki. Nie żałuję. Do były świetne czasy!

Co poza tym? Rower! Z siostrą i tatą. Mój ojciec był sadystą! Serio! Zabierał nas na takie trasy, że nieraz wracaliśmy do domu totalnie pokłóceni i nie mieliśmy ochoty na siebie patrzeć… A na drugi dzień jechaliśmy znowu :- ) Totalnie pokręcona relacja. Wracałem z treningu, wsiadaliśmy na rowery i jechaliśmy nad morze, kąpaliśmy się w morzu i wracaliśmy. Szkoda, że nie mieliśmy endomondo, bo tych kilometrów pewnie przejechaliśmy tysiące, swego czasu jeździliśmy niemal codziennie.

A jak już skończyłem z piłką, to… zrobiłem masę i zainteresowałem się dziennikarstwem sportowym. Jeśli dobrze poszperacie w internetach, to możecie znaleźć trochę moich artykułów. Była to dla mnie zabawa, która z czasem przerodziła się w coś więcej. Chyba nawet do Wirtualnej Polski aplikowałem do redakcji sportowej. Nic z tego nie wyszło, ale nie mogę żałować. Wciąż się sportem interesuje. Myślę, że wiedzę wciąż mam na naprawdę dobrym poziomie. Miałem szczęście nawet poznać moich dziennikarskich idoli tj. komentatorów Eurosportu, panów Tomasza Jarońskiego i Krzysztofa Wyrzykowskiego. Ba, nawet doczekałem się od nich pozdrowień na antenie! Mam ten materiał nagrany, muszę kiedyś audio zgrać, to Wam zaprezentuję :- )

Inną niesamowitą postacią, z którą miałem przyjemność rozmawiać jest Czesław Lang. Czemu akurat o nim wspominam? Bo to jest świetny człowiek. Nie wiem, czy wyglądałem tak marnie, czy po prostu zrobiłem na nim dobre wrażenie, ale do domu wracałem obładowany gadżetami kolarskimi i książką z autografem.

Jeszcze może słowo o moich sportowych idolach. Piłkarski tylko jeden – Alan Shearer. Pierwszy wielki turniej, który pamiętam – Euro 96′ i korona króla strzelców, dla mnie wystarczyło. Największą udręką dla mnie były mecze między Newcastle United, a moja ulubioną drużyną – Manchesterem United. I choć już minął czas sir Alexa Fergusona i “mojego” Manchesteru, to wciąż kibicuję “Czerwonym Diabłom”. Kogo jeszcze wspominam z nostalgią?

  • Oscar de la Hoya. To był gość. Niesamowity. Klęską była dla mnie jego porażka z Felixem Trinidadem. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że w boksie niekoniecznie wygrywa ten lepszy.
  • Roberto Heras. Jeden z najlepszy górali w historii. Szkoda, że po latach wpadł na EPO.
  • Ole Einar Bjoerndalen. Nieśmiertelny. Po prostu. Nim nastała era Martina Fourcade’a, to Ole był tym gościem, z którym nikt nie mógł wygrać. Zresztą wystarczy spojrzeć w jego osiągnięcia, żeby zrozumieć kim jest dla biathlonu.
  • Ronnie O’Sullivan. Geniusz. Przynajmniej przy snookerowym stole. Na dodatek zapalony biegacz.
  • Michael Jordan. Nie wiem, czy coś tu muszę dodawać?
  • Tony Rickardsson. Sześć tytułów mistrza świata na żużlu i brązowy medal DMP w barwach Wybrzeża w 1999 roku. Stadion w Gdańsku pękał w szwach. Tęsknie za tymi żużlowymi czasami w Gdańsku!

Wymieniłem tylko tych, którzy w pierwszej chwili przyszli mi do głowy. Obecnie mam również swoich faworytów, ale już tak się nie ekscytuję. Raczej stałem się fanem nostalgicznym. Dlatego też chciałbym, żeby Scudetto powędrowało do Romy i Francesco Tottiego, a Liga Mistrzów w ręce Juventusu i Gianluigi Buffona!

Na koniec zostawiłem jeszcze jedną anegdotę. Pierwszym wielkim sportowcem, z którym miałem przyjemność rozmawiać był Wilson Kipketer, były rekordzista świata w biegu na 800 metrów. Miałem kilka lat, jak zobaczyłem go na stadionie lekkoatletycznym. Podszedłem i powiedziałem: – Hi, Wilson. On uśmiechnął się od ucha do ucha i odpowiedział: – Hi. I tyle. Szkoda, że wtedy telefonów komórkowych w zasadzie nie było, a era telefonów z aparatami nadeszła dopiero kilka lat później.

To tyle! Czekam na Wasze sportowe zwierzenia ;- )

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.