Gdańsk Business Run 2018 – relacja

Nigdy jeszcze tak długo nie zabierałem się za pisanie relacji. Powrót do pracy po niemal trzech tygodniach urlopu nie ułatwiał sprawy, ale w końcu udało mi się dotrzeć do mety i zakończyć ten biegowy etap. Krótko mówiąc: znowu było warto!

Tak naprawdę dowiedziałem się, że pobiegnę w sobotę (tylu chętnych na jedno miejsce było!). W sumie to nie maraton, żebym musiał się przygotowywać tygodniami, a z drugiej strony nie było kompletnie parcia na wynik, więc nawet w razie niedyspozycji mogłem sobie „polecieć” te 3,35 km w tempie konwersacyjnym i podziwiać Europejskie Centrum Solidarności i okolice. Dlatego też w sobotę postanowiłem zakończyć urlop kilkoma piwkami (tylko Żywe!). No i w „normalnych” okolicznościach bym się zdecydował na typowo regeneracyjny bieg. Ale jak już miałem biec w drużynie, której kapitanem jest beneficjent ubiegłorocznej edycji – Mateusz Pędziwiatr, to trzeba było spiąć tyłek i dać z siebie tyle, na ile było mnie stać.

Na start pobiegłem, żeby się obudzić. Trzy kilometry w tempie 5’30”, a kolejne sześć już naprawdę zdecydowanie mniej rozrywkowo (4’03”). Po drodze zrobiłem dwa dobre uczynki. Najpierw stumetrowe pchanie (i to jeszcze pod górę) nieznośnej osobówki, która odmówiła posłuszeństwa, po której mięśnie paliły gorzej, niż po jakimkolwiek treningu w ostatnim czasie. Potem musiałem gonić za panem, któremu dziesięć złotych nieoczekiwanie wysunęło się z kieszeni. Trzydzieści minut przed startem byłem rozgrzany aż za dobrze i w zasadzie miałem już dosyć biegania… A przede mną było danie główne.

Ale najpierw musiałem poznać moją drużynę :- )

Dobrze znałem Kacpra, który mi przed rokiem zrobił psikusa i nie pozwolił zostać lokalną gwiazdą (czytaj: wygrał bieg na „moim” podwórku, a ja musiałem się zadowolić drugim miejscem), czego mu do dzisiaj nie wybaczyłem ;- ) Mateusza poznałem przelotnie przed rokiem, ale dopiero teraz miałem okazję porozmawiać z nim trochę dłużej. Gosię znałem z „internetów”, a Moniki nie znałem w ogóle, ale już znam! W sumie to byliśmy drużyną, która wygrała w kategorii: najwięcej wspólnych zdjęć. Na pewno też byliśmy w czołówce klasyfikacji na najbardziej uśmiechniętą ekipę, chociaż tych akurat nie brakowało.

Tym razem mi przypadła czwarta zmiana i miałem okazję odpalić petardę. Nogi mnie już cholernie bolały przed startem, ale nie było co się oglądać, tylko trzeba było ruszyć mocno, a potem jeszcze przyspieszyć. Żeby było śmiesznie, to przed rokiem na tej samej trasie (tylko w odwrotnym kierunku) pobiegłem ze średnią prędkością 3’35”, a teraz mimo średniego samopoczucia udało się zejść poniżej 3’30”… Więc wyszło bardzo, bardzo super! Indywidualnie dałoby mi to miejsce w TOP6… znowu za Kacprem! A ja głupi jeszcze na ostatnich metrach przyspieszyłem, żeby miał jak najlepszą pozycję wyjściową ;- )

W klasyfikacji drużynowej nas nie znajdziecie, podobno jesteśmy na innej liście, gdzie jesteśmy na pierwszym miejscu. Było mega śmiesznie. Fajnie było być częścią drużyny, którą najpierw trzeba poznać. Jestem zadowolony ze swojego indywidualnego występu. Jestem szczęśliwy, że było mi dane wystartować. Szczególne gratulacje dla mojej drużyny, Mateusza, Moniki, Gosi i Kacpra, za całokształt!

Dla beneficjentów tegorocznego GBR, Marka i Łukasza, udało się zebrać ponad 109 tysięcy złotych. Cudownie!

Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście są autorstwa Piotra Pędziszewskiego / One Light Studio.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.