IV Ultramaraton Kaszubska Poniewierka – relacja

Trudno jest zacząć ten post. Najłatwiej byłoby spisać wszystko chronologicznie, a na końcu podsumować. Jednak Kaszubska Poniewierka zasługuje na coś więcej. Dla mnie to obecnie najlepsza impreza w Trójmieście (ale czy to jest trójmiejska impreza?). Przechodziłem już przez etap ekscytacji gdyńskim cyklem biegów, tam debiutowałem i przez pewien czas organizacja tego eventu i tamtejsza atmosfera była dla mnie szczególnie wyjątkowa. Potem przyszedł czas na Gdańsk Maraton. Pewnie dlatego, że startowałem w pierwszej edycji, a w drugiej dołączyłem do grona ambasadorów. Pewnie też dlatego, że mieszkam tu od zawsze i biegowo rozwijałem się razem z tą imprezą. Ale w końcu uciekłem z asfaltu, trafiłem na trailowe ścieżki, poznałem inny klimat, inny wymiar biegania. I trafiłem na Kaszubską Poniewierkę. I chociaż biegłem tu dopiero po raz drugi, to czułem się jak w domu.

BEFORE

Miałem duże oczekiwania. Wobec organizatorów. Wobec siebie. Wobec biegowych kolegów. Jeśli przeczytaliście lead, to wiecie jaki jest mój stosunek do Poniewierki. To nie jest jednak ślepa miłość, bo nie do końca byłem zachwycony tegorocznym oznakowaniem trasy – w tym pędzie trzy razy zgubiłem trasę. Pierwszy raz biorę na siebie, ale w dwóch kolejnych miejscach oznakowanie było po prostu średnie. Od kilku osób słyszałem, że nadrobiło trochę dystansu, więc mogło nie być idealnie. Mimo wszystko cieszę się, że i tak straciłem tylko dwie minuty, czyli kilkaset metrów, a nie na przykład kilka kilometrów, co akurat w moim przypadku nie byłoby wcale dziwne. Liczyłem, że organizacyjnie będzie petarda i do tego poziomu chciałem się dostosować. Pisałem, że chcę wygrać, bo naprawdę w to wierzyłem i liczyłem na to, że mogę to zrobić. Byłem przygotowany na mocny bieg i miałem nadzieję, że będzie z kim się pościgać. Od organizatorów usłyszałem o trzech przybyszach ze Szwecji, którzy czają się na „nasze” podium. Koledze Kaszkurowi tydzień przed biegiem wysłałem listę ośmiu zawodników i napisałem, że wśród nich jest zwycięzca.

Fot. Wojciech Zwierzyński.

Miło się zrobiło, gdy na poniewierkowym profilu zobaczyłem #adamwygraj.

W skrócie – miało być fajnie i chciałem wygrać.

AFTER

Pewnie byście chcieli, żebym przeszedł teraz do samego biegu, ale nie mogę i już się tłumaczę dlaczego. Mam wrażenie, że w Trójmieście urodziły nam się trzy trailowe imprezy z prawdziwego zdarzenia, nasza trójmiejska biegowa triada (można się oczywiście nie zgadzać): TUT – Trójmiejski Ultra Track, TCT – TriCity Trail i UKP – Ultramaraton Kaszubska Poniewierka. Imprezy z krótkim stażem, ale dla wielu biegaczy już kultowe. I w dwóch tych imprezach startuje Agnieszka, moja żona, i dwa razy zajmuje drugie miejsce. Fanfary. A przypominam sobie jak jeszcze całkiem niedawno schodziła z trasy maratonu… Więc pewnie może polecić biegi terenowe na dystansie ultra jako formę terapeutyczną. Jeszcze w piątek mówiła, że cieszy się, że sobie odpocznie w lesie. Nie będę się rozpisywał, ale czekam aż ktoś powie: – Patrzcie, to Adam, mąż tej Agnieszki Baranowskiej.

Tomkowi Kaszkurowi też gratuluję. Od „grubego Tomka” do „Tomka z podium Poniewierki”. Gdyby nie moja żona, to bym mu poświęcił więcej miejsca w tym wpisie. Ale jego punkt widzenia możecie poznać tu i tu. Trochę nie chcę się powtarzać, ale milutko, jak na podium ląduje grono znajomych (Kasia Zatorska, Asia Kujawska-Frejlich, która przed rokiem robiła z nami Kartuzy Trip, i Mateusz Jeliński), kolejna grupa tuż za podium (Tomek Adamczuk i Marcin Zawaluk – dwa dzikusy z trzydziestki i Karol Lipowski – szósty na 100 km) i Andrzej na 10. miejscu w rywalizacji na 50 kilometrów. Trochę nam się towarzystwo rozbiegało.

Parę osób wymieniłem z imienia i nazwiska, ale nie chcę jednak kogoś wyróżniać bardziej, czy mniej, bo widziałem masę radości, pozytywnych emocji i walki z samym sobą i swoimi słabościami. Czy to na trasie, czy na mecie. Czy ktoś biegł po podium, po pierwszą dziesiątkę, czy po prostu, żeby zmieścić się w limicie. Dlatego gratulacje należą się wszystkim, bez wyjątków. Cieszę się, że mogłem z wieloma osobami się spotkać, pogadać i przybić piątkę. Było was tak wielu, że się zastanawiałem, czy w pewnym momencie nie przeniesiono nas bliżej Gdańska. Jakby było kilka stopni cieplej, to bym z tych leżaków się nie ruszył do samej dekoracji.

PARTY TIME

7:00 -> śniadanie.

7:40 -> wsiadamy w samochód. Na dodatek, uwaga, uwaga, nieumyty (wiecie już dlaczego nie wygrałem)!

8:35 -> ruszamy ze szkoły na ulicy Wąsowicza na start.

9:20 -> jesteśmy w Skrzeszewie, na przepaku pojawiają się uczestnicy setki.

9:58 -> marznę.

9:59 -> jestem głodny.

10:00 -> startujemy.

W dużym skrócie tak wyglądały ostatnie godziny i minuty przed startem. Punktualnie o dziesiątej wyruszyliśmy na trasę. A ja zapomniałem o wszystkich swoich dotychczasowych biegach ultra. Ruszyłem pierwszy i od razu pognałem, jakby to był bieg na dziesięć kilometrów. Taki plan urodził mi się w głowie tuż przed samym startem, bo:

A) chciałem zobaczyć, kto ma ochotę się ścigać,

B) chciałem zobaczyć, czy Szwedzi są faktycznie mocni,

C) postanowiłem sprawdzić, czy mogę prowadzić bieg i podyktować swoje warunki.

Zaskoczyło mnie, że kilku zawodników nic sobie z tego nie zrobiło i ruszyło za mną. Po pięciu kilometrach dobiegliśmy do Jaru Raduni, średnie tempo poniżej 4’20”, a w czubie razem ze mną siedmiu zawodników i się tasujemy, jakby meta była na wyciągnięcie ręki. Powiem szczerze, że poczułem wtedy ekscytacje, bo rywalizacja zapowiadała się wybornie. Wiedziałem już, że o zwycięstwo wcale lekko nie będzie. Ten leśny, techniczny odcinek musiał jednak kilku kolegów z trasy sporo kosztować, bo po chwili zostaliśmy na czele w trzech: Edvardas Moseika, ja i kilka metrów za nami Daniel Wrycza. Edvardas okazał się być zajebiście w porządku gościem i międzynarodową mieszkanką – Litwin, mieszkający w Szwecji, mówiący po angielsku, rozumiejący nieco po polsku. I tak sobie biegliśmy rozmawiając po angielsku o swoich biegowych dokonaniach. Było przyjemnie, ale mi doskwierał chłód.

Fot. Piotr Dymus.

Po trzynastu kilometrach zrozumiałem, że przesadziłem i muszę zwolnić, bo inaczej czeka mnie solidna bomba. Szwedzki Litwin prowadził, kilka metrów za nim był Daniel, a ja spokojnie usadowiłem się na trzeciej pozycji. Miałem wrażenie, że tempo jest na tyle mocne, że w drugiej części dystansu odrobię to, co zaczynałem tracić. Do punktu na 19. kilometrze dobiegłem z dwuminutową stratą. Zjadłem kilka ćwiartek pomarańczy, uzupełniłem flaska i ruszyłem dalej.

Zaczynałem być głodny, ale otuchy mi dodawało to, że do mety zostało mniej niż trzydzieści kilometrów. Pomyślałem sobie, że już z górki. Miałem w planie w połowie dystansu do kolejnego punktu zjeść drugiego batona. Zjadłem. A kilka minut później wciągnąłem jeszcze żel – byłem po prostu głodny i w żołądku zaczynała mi grać orkiestra. Zaczynało to wyglądać naprawdę słabo. Niby trzymałem solidne tempo, ale myślałem, że uda mi się jeszcze w drugiej części dystansu nie tyle, co przyspieszyć, ale chociaż utrzymać tempo, które pozwoli mi się zbliżyć do Daniela i Edvardasa. Do drugiego punktu nic się jednak nie zmieniło. Nie wiedziałem, ile mam starty do dwójki przede mną, a tym bardziej nie wiedziałem, ile mam przewagi nad kolejnymi biegaczami. Sytuacja mocno niekomfortowa.

Nikt nie potrafił mi powiedzieć, kiedy minęła ich poprzedzająca mnie dwójka. Tego nie mogłem zrozumieć. Zaczynało do mnie docierać, że trzecie miejsce też nie jest złe, a czwarte jest jeszcze gorsze, więc muszę przynajmniej utrzymać to, co mam. Drugi punkt, znowu kilka pomarańczy, izo do flaska i lecę dalej. Po kilku minutach dogoniłem Edvardasa, zamieniliśmy dwa zdania, życzyliśmy sobie powodzenia i pognałem dalej. Tylko po to, żeby się zgubić i stracić to, co zyskałem. Gdy zrozumiałem swój błąd krzyknąłem na cały głos to pięcioliterowe słowo, które w takich momentach działa niczym lekarstwo i pognałem w drogę powrotną. Straciłem ponad minutę, więc po raz kolejny spotkałem się z litewsko-szwedzkim przyjacielem, co skwitował uśmiechem. Minąłem go, wkurzony, chociaż to i tak delikatnie powiedziane i poleciałem w pogoń za liderem. Zdążyłem jeszcze raz zgubić trasę, tym razem nadrobiłem ledwie kilkanaście metrów, ale znowu mnie to wybiło z rytmu, aż w końcu w połowie podbiegu na Wieżycę usłyszałem, że do lidera mam osiem minut straty. Osiem minut i około czterech kilometrów? Nie miałem żadnych szans.

Ostatnie kilometry pokonywałem więc względnie spokojnie, bez szaleństwa. I tutaj znowu organizatorzy zrobili mi psikusa. Gdy zobaczyłem tabliczkę z informacją, że pozostał kilometr do mety, to na zegarku widziałem, że czeka mnie przynajmniej dwa razy tyle. Ten ostatni kilometr był tak fajny, że faktycznie miał prawie dwa tysiące pięćset metrów. Ha! Dobrze, że tak wszystkie kilometry nie były liczone.

Przed samą metą jeszcze przybiłem piątkę z Krzyśkiem Staniszewskim, który był spikerem i pokonałem ostatnie metry. Byłem szczęśliwy. Byłem zmęczony. Byłem drugi! Nie wygrałem, ale jeszcze kilka lat temu byłem klopsem, któremu poniewierka na Kaszubach kojarzyła się z czymś zupełnie innym. Byłem drugi w biegu na pięćdziesiąt kilometrów! Byłem drugi, bo ciężko na to pracowałem. Byłem drugi, bo Daniel tego dnia był lepszy i chociaż na mecie nie mieliśmy okazji porozmawiać, to bardzo mu gratuluję. Skończyłem w czasie 4:00:54. Żałuję tylko, że nie złamałem tych czterech godzin, bo było to spokojnie do zrobienia.

EPILOG

Mimo, że długo byłem głodny, to biegło mi się dobrze. Trasa była bardzo biegowa i nie było, gdzie podejść, w zasadzie w 100% można było ją przebiec. Tak naprawdę irytowała mnie jedynie… moja biegowa kamizelka. Dwa razy wypadł mi flask z kieszonki i właściwie przez cały bieg mnie obcierała. W pewnym momencie miałem jej dość. Teraz mam dwa sympatyczne obtarcia po obu stronach szyi. Muszę przemyśleć naszą wspólną przyszłość – na chwilę obecną jej nie ma.

Na liście, którą podesłałem Tomkowi byli Daniel i Edvardas.

4 Comments

  1. CZARNY pisze:

    Powiem tyle kolego,że post mega 2 pozycja mega,miałeś zajawki i przygotowanie na pozycje 1,ale taki jest życie co ma powiedzieć Marcin Swierc który schodzi ”
    żona robi mega robotę ,ale jak się ma takiego gościa obok: to moz3 tylko iść do góry „:)
    co innego ja”* gdzieś z boku
    trzeba brać życie jakim jest;
    czy mogłem koniec lepiej:mówią z3 zawsze moz3 na lepiej ale tego dnia
    bylo 120 procent,
    Jestem mile zaskoczony ale zawzs3 gdzieś niedaleko

    • Adam pisze:

      Tak jak mówisz: trzeba brać życie jakim jest. I cieszyć się z tego co mamy.
      Czy to ukończenie rywalizacji, czy miejsce w dziesiątce :), czy podium, czy cokolwiek innego.
      Las, góry, trail, ultra to zajawka. Ma bawić. A jak przy tym uda się coś fajnego wykręcić, to tym lepiej!
      Pozdro!

  2. UKP Team pisze:

    Dzięki za ten wpis. W imieniu UKP mogę napisać, że bardzo dobrze, że masz wobec naszej imprezy duże wymagania. W tym roku oznakowanie trasy było daleko poniżej naszych standardów. Przez 3 ostatnie edycje był to raczej powód do dumy (zwłaszcza, że trasa jest bardzo specyficzna pod tym względem i trudna nawigacyjnie). W tym roku wyszło to – mówiąc delikatnie – dość przeciętnie. Analizujemy każdą z edycji i rozkładamy wszystko na czynniki pierwsze – znamy przyczyny tego stanu rzeczy i jeśli kolejna edycja dojdzie do skutku to mogę zapewnić, że oznaczenia trasy wrócą na odpowiedni poziom. Przede wszystkim po to by nie wpływały na wynik sportowy.

    • Adam pisze:

      Zdarza się najlepszym! Wiadomo nad czym pracować – Waszą ankietę z przyjemnością wypełniłem, zwróciłem uwagę na niedociągnięcia, nie po to, żeby komuś było przykro, ale żebyśmy (czuję się członkiem poniewierkowej rodziny, prawie) rośli w siłę i z roku na rok się poprawiali 🙂
      Impreza jest super, trzeba popracować nad niedociągnięciami, bo one się zdarzają i zdarzać będą. Myślę jednak, że sami wiecie, że robicie ekstra imprezę i to widać na mecie, gdzie poczucie satysfakcji i ekscytacji wśród biegaczy jest odczuwalne.
      Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.