Parkrun Gdańsk-Południe #161 – relacja

Jak ostatnio pisałem relację z parkruna, to był to bieg numer 98. W tym czasie swój debiut na gdańskim Iten zaliczył Antoni Grabowski, Tomasz Kaszkur stał się stałym bywalcem na podium i zszedł poniżej dziewiętnastu minut, a do osiemnastu zwycięstw dobił Tomek Bagiński. Dziewiętnaste zaliczył w sobotę.

Na początek wnioski:

1) Było tak dobrze, bo był Tomek B., było z kim rywalizować i mogliśmy nawzajem się nakręcać. Jestem pewien, że bez niego ten wynik nie byłby możliwy.

2) Brooks T7 Racer po czterech latach wciąż są świetną startówką (ale wciąż najbrzydszym butem biegowym na świecie).

3) Na świeżości, na tej trasie, mogę zrobić wynik poniżej 00:17:20 (na chwilę obecną).

4) Bo byłem jednak trochę zmęczony – górskimi harcami i piątkową siłownią.

5) Myślę, że mogę przebiec dyszkę poniżej trzydziestu sześciu minut (przy odpowiednio ukierunkowanym treningu).

6) Może nawet zrobię pod to podejście w tym roku? 🙂

Cieszę się, że w końcu pobiegłem szybciej niż 00:17:43, które od pierwszego biegu przez jakiś błąd widniało przy moim nazwisku. Po trzech latach udało mi się ten wynik poprawić, choć przez te wszystkie lata nie miałem wielkiego ciśnienia…

Wszystko było idealnie. Super temperatura, lekki deszcz i kilku szybkich zawodników na starcie. Zabrakło Kaszkura, ale się wytłumaczył, więc nie jestem zły, ale od kilku dni zapowiadałem mój powrót na parkrunową trasę, więc liczyłem, że będzie konfetti, może układ choreograficzny, albo chociaż szampan na mecie. Nie było nic.

Sam bieg bez większej historii, kolejne kilometry po 3:28, 3:30, 3:36, 3:35, 3:29.

Pierwsze dwa z Łukaszem Pomagrukiem. Kolejny, „kilometr Tomasza Kaszkura”, który już tyle razy pisał w swoich relacjach, że to kilometr prawdy, że kluczowy moment biegu, weryfikujący plany, że już to zawsze będę miał w głowie. Więc kilometr Tomasza Kaszkura oczywiście był najcięższy i oczywiście nastąpiła weryfikacja (pozytywna) planów. Wciąż trzymałem się Tomka oglądając jego nowe Bostony. Na czwartym pan Bagiński zaczął się oddalać, a mnie lekko odcięło, ale dzielnie się trzymałem. Na piątym miałem dość, ale ostatnie 600 metrów pobiegłem po 3:25! Na mecie potrzebowałem naprawdę dłuższej chwili, żeby dojść do siebie.

Oficjalny wynik: 00:17:38. Ja zatrzymałem zegarek w 00:17:39.

Bieganie skończyłem wizytą w warzywniaku, musiałem kupić jagody :- )

1 Comment

  1. brownie pisze:

    brawo 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.