Garmin Ultra Race Trójmiasto 2018 – relacja

Jak przełamywać kolejne bariery, to tylko na swoim podwórku, na swoich trasach, a najlepiej to na swoich warunkach. Takie myśli mi towarzyszyły przed startem biegu o tytuł króla GUR. Po cichu kiełkowała nadzieja na miejsce w pierwszej dziesiątce, ale nie miałem zielonego pojęcia z kim przyjdzie mi rywalizować, więc plan był prosty: od początku robię swoje, nie oglądam się na nikogo, tylko biegnę swoim tempem, a może coś z tego będzie!

Ostatnie tygodnie

Nim przejdę do samego biegu, to muszę opisać o kilku kluczowych rzeczach, które moim zdaniem przyniosła efekt. Od miesiąca towarzyszy mi trening siłowy: dwa hantle, krótka sztanga, ławeczka i kilka kilogramów obciążenia. To mi wystarcza, a przynosi niesamowite efekty, przekonałem się o tym już rok temu podczas gdańskiego maratonu, teraz widzę to po raz kolejny. Więc jak wpadnę na pomysł zaniechania, to chciałbym, żeby ktoś mi napisał: – Ej, baranie, jak chcesz biegać szybko (albo może skutecznie, bo szybkość jest pojęciem względnym), to pamiętaj o treningu siłowym! Druga, równie ważna sprawa, ostatnie dwa miesiące, to intensywne spotkania z fizjoterapeutą, najczęściej raz w tygodniu, czasami rzadziej, ale wciąż regularnie. Dzięki Damian, Ty, psychopato. Czasami miałem Cię dość, ale widzimy się w przyszłym tygodniu! Dodatkowo, odstawiłem alkohol (brzmi, jakbym regularnie dawał w szyję…), w ostatnich tygodniach i jak już miałem ochotę na piwo, to kończyłem na jednym. Wreszcie, co w zasadzie najważniejsze, biegałem sensownie, na odpowiednich prędkościach, na odpowiednich obciążeniach i wiedziałem kiedy odpuścić, żeby na biegu czuć świeżość w kroku. Szczęście? Doświadczenie? Pewnie wszystkiego po trochu. Najważniejsze, że się udało i naprawdę przed startem czułem moc pod nogą.

Piątek, dwanaście godzin przed startem

HBO GO i „Ultra”. Jak nie myśleć o zbliżającym się biegu, najdłuższym w życiu? Obejrzeć dokument o jeszcze dłuższym biegu. Raczej nie znalazłem tam dla siebie żadnej cennej rady, a cytat, który mi najbardziej zapadł w pamięć to: Chciałem się zerzygać, a się zesrałem. Nie chciałem tylko, żeby kolejnego dnia spotkało mnie to samo. Mimo wszystko było inspirująco. Wiedziałem, że się nie poddam i będę walczył do końca o jak najlepszy wynik.

Sobota, 8:00

Start. Ruszyliśmy. Pięćdziesiąt dwa kilometry przed nami. Do zobaczenia za mniej, niż pięć godzin – pomyślałem. Nim do tego doszło, to pobudka. 5:15. Śniadanie, bułki z Nutellą. Kawa. Ledwo wyszedłem z psem na spacer, bo wpychałem w siebie na siłę. Nie miałem ochoty na jedzenie, ale nie miałem innego wyjścia. O 6:30 wyjechaliśmy po pakiet startowy, poszło gładko, nawet nikt nie sprawdził mi wyposażenia. Agnieszce również. Wciąż było spokojnie, bez nerwów. Inaczej, niż przed maratonem. Dobrze wróżyło. Odstawiliśmy Bajkę do Agnieszki rodziców, przypięliśmy numery startowe, wpletliśmy chipy w sznurowadła i powrót na miejsce startu. Rozgrzewka. Sorry, jaka rozgrzewka? Przebieżka do toi-toia? To by było na tyle. Taka taktyka, żeby nie ruszyć się z kopyta, a tych kilka pierwszych minut poświęcić na dogrzanie organizmu i przygotować go do intensywnego wysiłku.

Buziak od żony na szczęście i można startować. Pierwsze dwa kilometry przebiegłem z Marcinem (Arsen Kanonier), więc pogadaliśmy chwilę o ostatnim meczu Manchesteru United (tak, kibicuję MU) z Arsenalem (zgadnijcie komu kibicuje Marcin…), życzyłem powodzenia i pobiegłem trochę szybciej, jak już poczułem się rozgrzany. Spotkałem Michała i z nim już biegłem dłużej. Nie wiem, jak długo, ale mieliśmy czas, aby pogadać o tym sezonie, o kolejnym i o wielu innych sprawach. Biegło się lekko i swobodnie. Kompletnie nie wiedziałem, na którym miejscu mogę być, ale miałem wrażenie, że przede mną jest ze dwadzieścia osób.

Na podbiegach… podchodziłem. Od początku. Chociaż tym razem tylko na tych najbardziej stromych. Na tych dłuższych delikatnie podbiegałem. Na pierwszym punkcie wyrzuciłem do śmieci tylko opakowanie po batonie. Nawet się nie zatrzymywałem. Przed drugim punktem poznałem nowego kolegę, Jarka Bąka. Chociaż jak się nazywa dowiedziałem się po drugim pit stopie, na którym znajdowała się mata do pomiaru czasu. Jak ją przebiegliśmy, to sprawdziłem, na którym miejscu się znajdujemy i czy można o coś powalczyć. Okazało się, że jeden z nas zamyka pierwszą dziesiątkę, a drugi otwiera kolejną, a przed sobą widzieliśmy słabnących rywali.

Po pierwsze Jarka chciałbym pozdrowić i powiedzieć, że został w pierwszej chwili ochrzczony Jackiem Bąkiem. Pierwsze, piłkarskie skojarzenie. Wtedy mi zaproponował kilka koszulek Olympique Lyon (z autografem!), a koniec końców pochwalił się znajomością z Patrycją Bereznowską. I tak sobie biegliśmy, rozmawialiśmy, spotkaliśmy w lesie Tomka Korpalskiego, który akurat robił trening i Jarkowi zrecenzował wszystkie biegi w trójmiejskich lasach. Przed trzecim punktem żywieniowym Jarek lekko zwolnił, a ja też nie chciałem szaleć, więc zamiast skorzystać z okazji i go pogonić, to biegłem kilka metrów przed nim. W międzyczasie sprawdziłem, czy Agnieszka dobiegła na pierwszy punkt pomiarowy i gdy zobaczyłem, że się zameldowała, to mogłem spokojnie biec dalej.

Sobota, 12:15

Na czwartym punkcie żywieniowym napiłem się izotonika, a do flaska wlałem energetyka i pobiegłem tuż za Jarkiem. Podobno sto metrów przed nami biegło dwóch zawodników, którzy byli już dość mocno wyeksploatowani. Ruszyliśmy więc żwawo i po kilku minutach ich minęliśmy. A gdy do mety pozostawały cztery kilometry, to mój przyjaciel z trasy włączył szósty bieg i mi po prostu uciekł. Po dwóch minutach już go nie widziałem i już myślałem, co mu powiem na mecie. Jednak okazało się, że pomylił trasę i przybiegł pięć minut za mną. A ja na dwa kilometry odwróciłem się i zobaczyłem za sobą trzech zawodników, zapomniałem tylko spojrzeć, czy mają numery startowe i jakiego koloru, więc po prostu postanowiłem odpalić rakietę i pognać, czym prędzej do mety. Końcówkę biegłem w okolicy czterech minut na kilometr, a metę pokonałem niemal sprintem…

Sobota, 12:30

Usłyszałem, że jestem trzeci. Pomyślałem, że ktoś się pomylił. Sprawdziłem w telefonie wyniki. Cholera. Jestem trzeci. Wciąż. Może coś się zawiesiło?

Sobota, 12:35

Wciąż jestem trzeci. TRZECI! Pokonałem ponad pięćdziesiąt kilometrów i jestem trzeci! Agnieszka na drugim punkcie i pnie się w klasyfikacji generalnej.

Sobota, 13:45

Zjadłem zupę, wykąpałem się, wypiłem piwo. Wracamy na start, a właściwie na metę, bo niebawem powinna na niej pojawić się Agnieszka. Po kilku minutach się pojawia. Dziwnie szczęśliwa. W jednym kawałku. Jedenastka w klasyfikacji kobiet. Pierwsza w swojej kategorii wiekowej. 67. w klasyfikacji generalnej. Pokonała 80% kolegów z trasy. A zastanawiała się, czy w ogóle da radę ukończył… Nieźle co?

Sobota, 18:00

Jesteśmy już oboje wykąpani i najedzeni. Wracamy na dekorację. Wciąż jestem trzeci. Agnieszka wciąż jest pierwsza w klasyfikacji wiekowej. Jarek skończył szósty, ale na pocieszenie wygrywa M40. Spotykamy Asię, trzecią wśród kobiet na dystansie 85 kilometrów. Odbieram też puchar dla Michała, trzeciego w M30. Wow!

Sobota, 19:00

Rozmawiam z Andrzejem. Drugi raz. Skończył 85 kilometrów na 20. miejscu. Opowiada mi o ciemności o czwartej rano.

Kilka dni później

Wciąż jestem trzeci. Andrzej nie ma facebooka, więc muszę do niego zadzwonić i mu powiedzieć, że został zdjęciem w tle na profilu Garmin Ultra Race na FB. Są zdjęcia. W końcu. Tylko czemu tak mało?! Przemyślałem sprawę, nie chcę wracać na asfalt. W lesie, czy górach czuję wolność. Mam już pewne, biegowe plany na przyszły rok, ale na razie chcę odpocząć i cieszyć się. Z bycia ultrasem. Z trzeciego miejsca. Z wolności, którą daje bieganie po górach.

Garmin Ultra Race Trójmiasto oceniam pozytywnie. To były pięćdziesiąt dwa kilometry przyjemności. Trasa była w większości biegowa i dlatego w moim wykonaniu było bardzo mało marszu. Cztery punkty żywieniowe, to luksus, spokojnie wystarczyłyby trzy, a nawet dwa. A statuetki za podium rewelacyjne. Nie wiem, czy kiedykolwiek w takim biegu zajmę tak wysokie miejsce, dlatego zapamiętam ten bieg na długo, bardzo długo.

4 Comments

  1. kodzak pisze:

    świetna relacja!

  2. CZARNY pisze:

    dobry opis,dobrze się czyta,można poczuć ten dreszcz emocji:;
    Pozamiatane bo pozamiatałeś na trasie 52km,czasami niewielka zmiana w treningu daje sukces:
    Ale wszystko trzeba przerobić żeby zrozumieć poszczególne cykle;
    co warto A czego nie:”
    Mocna ekipa bo opisani też odnieśli sukces i bardzo dobre wyniki;
    Niektórym to nawet portale społecznościowe nie są potrzebne,pewnie są szczęśliwi:
    Trójmiasto zrobiło się takim miejscem,
    że nie trzeba wyjeżdzać:
    Myślę że leśne biegi zaczynają dominować; luz wolność spokój;
    czego jeszcze trzeba ;
    Pozdrawiam :””

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.